poniedziałek, 27 listopada 2017

Szacunek w XXI wieku…



Zdjęcie użytkownika Lex - member of LawTeam.
… w zasadzie nie istnieje. Nie można się z nim spotkać praktycznie nigdzie – bez względu na to czy ma się lat 15, 40 czy 60 nie można liczyć na choć odrobinę szacunku i trzeźwego spojrzenia na naszą osobę od strony społeczeństwa. Ludzie nie umieją ze sobą współżyć – nie mam tu zamiaru dotykać sfery seksualnej, bo nie to mi jest teraz potrzebne. Mówię tu o zwykłym, podstawowym bytowaniu między przedstawicielami tego samego gatunku… A to boli – nawet na podstawowym spacerze z psem można dojść do takich przemyśleń, do jakich ja doszłam teraz. Obecnie jestem załamana. Załamana systemem wartości społecznych i załamana poziomem intelektualnym ludzi.
Nie rozumiem dlaczego idąc do parku i posiadając psa ekscytującego się na widok dzieci denerwujemy się na rodziców, którzy z tymi dziećmi do parku przyszli,
za to że są
. Jeśli oni się denerwują na nas, że my jesteśmy, to jest źle. Sęk w tym, że to nie powinno tak działać. Do tego dochodzą np. biegacze.
Weźmy sobie sytuację: człowiek z psem, matka z dzieckiem i biegacz są w parku. Pies nie reaguje na biegaczy ani dzieci, matka ignoruje zarówno psy jak i biegaczy, biegacz ma wyrąbane na całokształt – byle sobie pobiegać po trudnym dniu, a dziecko żyje we własnym świecie zabawy. Zgadnijcie kto jest największym problemem w tej sytuacji. Tak! Właściciel psa! Bezsensownie się irytuje, mimo że nie ma absolutnie żadnego powodu ku temu. Nie szanuje biegacza, którym równie dobrze sam mógłby być, nie szanuje także matki i dziecka mimo że, równie dobrze, mogłaby to być jego żona i jego dziecko. Irytuje się, że „Jakiś cymbał przyszedł pobiegać!”.
Czy szanując potrzeby innych nie jest łatwiej?
Pies i człowiek bawią się w jednej części parku, rodzic i dziecko - w drugiej, a biegacz biega obrzeżami. Nikomu nie dzieje się krzywda i wszyscy są zadowoleni.
Tak samo zastanawia mnie sens wydawania pochopnych decyzji na czyjś temat. Idziesz ulicą i gapisz się w telefon? – Jesteś tępym młodym człowiekiem, który jest uzależniony i nie ma z niego żadnego pożytku. Ja tego nie rozumiem! Może ktoś odpisuje na ważne maile, żeby spędzić czas z rodziną? Może chce się dowiedzieć,
jak ktoś się czuje, bo jest w szpitalu.
Smarujesz usta pomadką na spacerze z psem? – Jesteś kurwą.
Jednak ostatnio rekordowo wkurwia niemiłosiernie mnie to, gdy spotykają się
na spacerze dwa psy, które się nie lubią, a ich właściciele zamiast uczynić w tej sytuacji skromny trening lub coś w ten deseń, irytują się, że „pierdolony sąsiad znów wyszedł z psem”. Czy coś zmienicie? Jaki będzie z tego pożytek?!
Takich sytuacji mogę znaleźć milion! Nie sądzę, żeby to było potrzebne. Nie sądzicie, że życie jest za krótkie na to, żeby denerwować się rzeczami, na które nie mamy wpływu lub nas nie krzywdzą?
 

niedziela, 26 listopada 2017

Jak przygotować swój dom na psa tymczasowego?


Kilka miesięcy zajmujemy się "tymczasowaniem" psów, więc czuję się kompetentna, by odpowiedzieć na to pytanie (patrz: temat).
Myślę, że podstawą jest naszykowanie psu legowiska - najlepsze jest nowe, chociaż może być też używane - ważne jest to, żeby Wasz pies wcześniej z niego nie korzystał - należy uniknąć wszelkich konfliktów i niedogodności.
Miski to kolejna kość niezgody. Najlepsze są nowe lub używane przez kogoś innego - byle nie Waszego psa, bo wojny nie chcemy! ;) Lexowi akurat to nie przeszkadza.
Karma powinna być schowana do szczelnego pojemnika i zabezpieczona tak, aby psy się tam nie dostały, nie przejadły się - żeby im to nie zaszkodziło i żeby się nie pokłóciły o łup. Bardzo pomógł nam sklep zoologiczny - Sznupa.pl, który podarował nam wiadra, w których ulokowane zostały wszelakie dobrodziejstwa.


Z początku Tesla warczała na Lexa, gdy zbliżał się do jej legowiska, gdy jadła gryzaki, a Pluto wyjadał mu chrupki z miski. Pluto, który był z nami na początku, powoli uczył się, że jego miska jest jego, a lexowa przynależy do Lexa; Tesla zaś zauważyła,
że nikt nie ma zamiaru zabierać jej jedzenia i go zjadać, co za tym idzie - zagrożenia nie ma, nie ma sensu warczeć i bronić zasobów.
Od razu mówię, że jeśli sucz wciąż by warczała na zbliżającego się mojego synusia, to bardzo intensywnie byśmy pracowali, by wszystkim żyło się lepiej! :D
Zabawki na początku raczej się nie przydają, więc najlepiej unikać bezsensownych powodów do kłótni.
Smycz, obroża i co tam chcecie, powinny być mocne. Myślę, że nieodzowny jest kaganiec - w razie "W" - nie zawsze wiemy, jak pies może zareagować.
Nie będę się produkować na temat rozkładu misek i posłań w domu, bo mając jednego psa pewnie już wiecie jak to wygląda.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i coś z tego wyciągnęliście i czegoś się nauczyliście. Chyba jest względnie krótko i na temat... ;)

sobota, 4 listopada 2017

PAWrricade Doganica - jak się sprawdził u nas?


Jakiś czas temu, w związku z naszą współpracą z firmą Doganica, otrzymaliśmy
do testów produkt służący do ochrony łap przed np. gorącym chodnikiem (latem).
Producent na swojej stronie pisze:

"PAWrricade to psi balsam stworzony na bazie naturalnych olei
i wosków roślinnych dobranych w taki sposób, aby łapy Twojego psa były chronione przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
PAWrricade został opracowany w celu stworzenia bariery dla łap psów przed zmrożoną i często posypaną solą ziemią, rozgrzanymi powierzchniami, jak asfalt, piasek, chodnik czy skały, a także zmniejszyć skutki kontaktu łap psa z alergenami, jak trawa, pyłki czy pleśnie.
Psy rodzą się z bardzo delikatnymi poduszkami łap, z czasem wzmacniają się one, jednak przez całe ich życie powinny być nawilżone, sprężyste i gąbczaste. PAWrricade tworzy barykadę przed zmrożonymi i rozgrzanymi powierzchniami dodatkowo zapewnia nawilżenie i odżywienie, pomaga zapobiegać wysuszaniu
i pękaniu psich łapek.

Skład:
Dostępny na stronie

Stosowanie:
Jeżeli łapy są zabrudzone należy je oczyścić.
Nabierz niewielką ilość balsamu na palec, a następnie delikatnie nanieś go i rozsmaruj na łapach Twojego pupila. Aby aplikacja była bardziej higieniczna możesz użyć płatka kosmetycznego bądź kawałka materiału.


Zalecenie:
PAWrricade najlepiej stosować za każdym razem przed wyjściem
na dwór.
Uwaga: Nie musisz martwić się jeżeli Twój pies zliże preparat z łap, wszystkie składniki są wysokiej jakości a w dodatku są nietoksyczne.

Przechowywanie:
Preparat należy przechowywać w chłodnym miejscu. Wraz ze wzrostem temperatury może stawać się co raz bardziej płynny, a wraz ze spadkiem co raz twardszy.
Balsam składa się w 100% z naturalnych składników, przez co część z nich może wytrącać się i tworzyć osad. Przy zmianie konsystencji może krystalizować się. Mimo to nie zmienia on swoich właściwości.
Uwaga: należy uważać, aby preparat nie nagrzewał się powyżej 30oC, może wtedy utracić swoje właściwości.
Uwaga!
W razie niepożądanych efektów należy zaprzestać stosowania i udać się do lekarza weterynarii."

Jak produkt sprawdził się u nas? W okresie letnim kontynuowaliśmy stosowanie produktu po przerwie i nic się Lexowi w łapki nie działo, więc , definitywnie, jestem zdania, że pomogło! :)

Zalety:
- wegańskość
- nietoksycznosć
- dobry skład
- skuteczność

Wady:
- nie znaleziono


Cena jest dyskusyjna i nie jestem w stanie ocenić jej atrakcyjności czy też jej braku, ale mogę jedynie zapewnić Was, iż nie będą to pieniądze wpakowane w błoto. Dodam jeszcze, że, jak zawsze, bardziej opłaca się zakupić większe pudełko.
Pamiętacie firmę Doganica z poprzedniej recenzji? Mieliście szansę testować własnołapnie? Dajcie koniecznie znać jak się sprawdził ten kosmetyk, bo jestem ciekawa ;)

sobota, 21 października 2017

Gdy gubimy kalorie i drogę do domu jednocześnie...


Teraz jest sobota wieczór, po 21... Siedzę na krześle przed komputerem, mam herbatkę - cały dzbanek, orzeszki w czekoladzie i jestem z siebie zadowolona.
Jak psychiczna? Nie wiem, być może.
Rano nastawiłam sobie budzik na 7:00, żeby wstać i wyprowadzić dwa psy na spacer.
Właściwie to psa i sukę, bo w nocy z poniedziałku na wtorek przybyła do nas nowa tymczasowiczka - Tesla. O niej będzie więcej później, bo nie ona jest główną bohaterką tej historii.
Wróciwszy - około 7:20 podniosłam się, a do pokoju wszedł Lex. Mój brat zapytał czy pies przytył czy schudł, bo jest jakiś inny z wyglądu. Dotknęłam jego bok i... nie było tam żeber! Tłuszcz. Gruba, ubita warstwa tłuszczu. Poczułam zażenowanie.
1. Jak mogłam doprowadzić psa do takiego stanu?
2. Jak mogłam tego nie zauważyć?
3. Jak bardzo dałam ciała? Taki wstyd!
Ubrałam się, zeszłam z suczydłem na dół, po pięciu minutach oznajmiłam,
że wybieram się z Lexem na rower. "Buuu... Na rower? Po co?" - usłyszałam, po czym zebrałam się i wyszłam uprzednio odmierzając mniejszą dzienną dawkę karmy i biorąc jej część do kieszeni. Wydostałam rower z piwnicy i hit the road! Kiedyś jeździliśmy
na rowerze regularnie - raz w tygodniu, ale z niewiadomych powodów zaprzestaliśmy.
Myślałam, że wrócę po pół godzinie i przejechaniu wału.
Najpierw jechałam z Lexem na smyczy, ale później uznałam, że go odepnę. Dojechaliśmy do mostu i nie widać było po nas zmęczenia. [Ponad tydzień temu,
w czwartek wybrałam się na rower sama i ledwie dawałam radę - musiałam robić sobie przerwy co około 10 minut, więc kondycja słabiutka...] Stwierdziłam, że przejadę się ścieżką rowerową, którą jeszcze nigdy nie jechałam, bo i tak dojedziemy prawie
że do punktu wyjścia.
Okazało się, że strollowałam sama siebie, ponieważ wylądowaliśmy na środku Odry (prawie że) - cypel, półwysep czy też wystające gówno z zaporą - jak kto preferuje. Minuta przerwy na namysł i musieliśmy kontynuować podróż do domu. Wybrałam ścieżkę, która wydawała się prowadzić do domu. Uhm... Trafiłam na ulicę, którą pomyliłam z Placem Grunwaldzkim i na chłodno podchodząc do tematu - poprawiłam się. Nie byłam pewna w którą stronę do domu, ale cóż... Przed siebie! Koniec końców dotarłam do miejsca, w którym zaczynała się "ścieżka specjalnej troski", a stamtąd koło szkoły i fru do domu - zajęliśmy cały chodnik i ścieżkę rowerową, ale spokojnie - nie było ludzi... ;)  Cała trasa przedstawia się mniej więcej tak:


W międzyczasie zdarzyło się kilka momentów, w których Lex ledwie dawał radę,
przez co musiałam zwolnić lub też się zatrzymać i dać mu czas na regenerację.
Było cudownie! Zapomniałam już jakie to przyjemne. Bardzo cenię sobie czas sam
na sam z Lexełkiem, więc teraz chcę takich wypadów minimum raz w tygodniu.
Nie dodałam jeszcze, że podczas wyprawy kilkakrotnie mijaliśmy psy (raz znajomego)
i Lex zachowywał się wyśmienicie! :)
Poniekąd jestem dumna z przerwy od wspólnych przejażdżek, ponieważ zrozumiałam jak bardzo są one ważne dla naszej relacji.
Nie wiem jak Wy, ale ja często czytam posty o spontanicznych decyzjach i bardzo je lubię...

środa, 18 października 2017

Janusze, a bezdomność zwierząt


Od jakiegoś czasu głębiej siedzę w  adopcjach, domach tymczasowych, zbiórkach
i  innych tozowych rzeczach... Tym samem zaczyna zastanawiać mnie wychowanie wychowanie niektórych ludzi - bez względu na wiek.
Podczas imprezy Rekordowej Miski siedziałam w  namiocie TOZu i  pilnowałam puszki z  kasą, dziękowałam za ofiary i  odpowiadałam na  pytania zainteresowanych ludzi. Przez większość czasu trochę przysypiałam, ale  głównie, to  miziałam Pluta
i  obserwowałam różne sytuacje. Byli ludzie, którzy wrzucali grubsze pieniądze i  nie brali za  to  żadnych fantów, przychodzili rodzice z  dziećmi, którzy dawali swoim pociechom pieniądze, żeby  te później mogły sobie wybrać "nagrodę" - byłam bardzo wzruszona, kiedy jeden z  tatusiów przyszedł z  kilkuletnią córeczką, wręczył jej banknot, ta  umieściła go w puszce, a następnie wzięła kilka gadżetów, które leżały
na stoliku; gdy jej rodziciel to zauważył, natychmiast wręczył jej kolejny banknot informując, że  jeśli chce tyle rzeczy, to  musi jeszcze wrzucić pieniążki na  pieski. Inna, równie wzruszająca, sytuacja to ta, kiedy ponownie duet w zestawie ojciec
i córka, ale już inni, przyszli, usłyszałam pytanie czy jeśli córka wrzuci pieniądze,
to czy dostanie serduszko, bo to najważniejsze [coś na kształt naklejek WOŚPowych]. Widocznie chciał jej pokazać, że pomaganie jest bardzo ważne. Żeby nie było tak pięknie: byli też Janusze i Grażyny! W każdym wieku! W każdym kształcie! Każda płeć! Żyć, nie umierać! Ale tak już na poważnie - nie chodzi mi
o starszych ludzi, bo ci, w przeważającej części, byli w porządku - jedni nawet przynieśli jakieś tam różne przysmaki, materiały na posłania, smycz i obrożę...
Chodzi mi tutaj o młodą Grażynkę, która to podeszła do naszego stoiska i udając,
że nie wie o co chodzi, zabrała kilka gadżetów ze stolika. Zachowała się tak, jakby kradła bratu czekoladę z talerzyka.  Niby nic się nie stało, ale nie mogę pojąć dlaczego niektórzy rodzice potrafią wychowywać dziecko tak, by było empatyczne i wrażliwe
na krzywdę zwierząt (i nie tylko), a inni dają dzieciom ciche przyzwolenie
na pasożytowanie(?), okradanie(?), żerowanie(?) na organizacjach dobroczynnych.
To okropne, żeby dziecko myślało w taki sposób, że jak sobie coś weźmie, to nic się nie stanie. I płacić nie musi. Nawet na cele charytatywne.
Tym samem naprawdę nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie nie pomagają innym. Namawiam do wydawania całej wypłaty na bezdomne zwierzęta, hospicja i inne tego typu? Bynajmniej! Nie umiem zrozumieć motywu braku działania przeciętnego humanoida. Nie będzie wolontariuszem w schronisku, bo nie ma pieniędzy, ale nie haruje też dzień i noc. Chuj z tym, że wolontariat nie kosztuje nic. Jest za darmo! Tyle, co dojazdy i czas, ale logicznie: czy nie lepiej pomóc tym, którzy mają tak, jak my, niewiele, zamiast gapić się w Facebooka kilka godzin? Lepiej, ale dlaczego ludzie tego nie robią? Bo nie? Bardzo dojrzałe, naprawdę...
Nie wiem jakie macie podejście, ale bardzo bym chciała je poznać, bo jestem ciekawa czy tylko ja jestem "inna" pod tym względem...

czwartek, 12 października 2017

Rozumieć psa...

               

Post sprzed kilku tygodni. Przepraszam za nieobecność - postaram się ją nadrobić, jednak ostatnio brak wolnego czasu jest zabójczy...

Pod wpływem ostatnich zdarzeń dochodzę do wniosku, że mogę oświadczyć,
iż znam swojego psa. Po pięciu latach zaczynam korzystać z wiedzy, która to została mi przezeń przekazana albo przeze mnie odkryta. Ale o co się rozchodzi?




Ano o to, że pewnego poranka się budzę i słyszę burczenie Lexa w kierunku szczeniaka. Drzwi miałam zamknięte, więc jedyne, co widziałam, to zapalone światło w przedpokoju przez szybę w drzwiach. Kolejnym dźwiękiem, który dotarł do moich uszu był to głos mojej rodzicielki udzielającej psu reprymendy, a następnie dołączającego się do tego ojca. Oboje snuli teorie na temat tego, co się stało, dlaczego Lex odgania Gluta, mimo że już przestał... Ichniejsze teorie były momentami skrajnie odmienne i żadna z nich nie wydawała mi się poprawna.
Ruszyłam się z pokoju do kuchni i już w przelocie usłyszałam pytanie dlaczego Lex tak się zachował. Powiedziałam, że nie wiem, bo tego nie widziałam i jestem daleka
od wysnuwania teorii dalekich od czegokolwiek.
Popołudniu tegoż dnia, gdy wracałam do domu, spotkałam tatę na spacerze z psami. Wzięłam jednego i się z nimi przeszłam. Potem zamierzałam odwiedzić sklep,
więc poprosiłam, żeby na mnie poczekali. Tak też zrobili. Po wyjściu ze sklepu ponownie przejęłam Lexa, który to się wyrwał do psa miejscowego żula, gdy ten nawet na niego nie patrzył. Przecież już to mieliśmy wypracowane! Ignorował go pięć metrów od nas, a teraz wyrwał się w jego stronę z odległości dziesięciu? Coś tu nie gra!
Odkąd się zaczęła szkoła i harówa, Lex więcej czasu spędza z tatą, który mu na dużo pozwala. Za dużo... Jednakże - czy mój pies się aż tak bardzo rozwydrzył,
żeby zachowywać się w taki sposób. Nie pytajcie to znaczy w jaki, błagam! Uznałam, że należy powiązać te dwa wydarzenia. Ogólne rozdrażnienie, większa pobudliwość, reaktywność, brak zaangażowania w wykonywaniu poleceń... Co to może być?
Teza: Coś go boli
Założenia: Już od rana albo od wczoraj
Dowód: Pieseł siedział sobie z tatą na łóżku. Nagle usłyszałam swoje imię. Przyszłam i ujrzałam ranę na ogonie. Lex dawał znać, że mu się to nie podoba i że go to boli. Nie gryzł, ale nie chciał dać tego dotknąć. Poradziliśmy sobie. Pomysłów
na minutę były miliony - ugryzienie, pogryzienie, wygryzienie, nerwy, stres, alergia, uczulenie, skaleczenie, rak, nowotwór, zabili go i uciekł... Jedna wielka recytacja domysłów
na wdechu. Z mojej strony były to czyste domysły, natomiast ze strony taty szło to już w stronę całych historii z morałem.
Zatem:/Podsumowując: MMS z tajemniczym zjawiskiem trafił w ciągu kilkudziesięciu minut do weterynarza oraz została sporządzona lista rzeczy, które mogły to coś spowodować. Kolejnego dnia wizyta i diagnoza. Hotspot.
Nie zostało to napisane dla atencji, a jedynie w celu ukazania istoty znajomości własnego psa. Sądzę, że gdyby nie to, że zaobserwowane zostały negatywne zmiany w zachowaniu, prawdopodobnie dłużej trwałoby odkrywanie sączącej się i rozlizywanej rany. 

czwartek, 21 września 2017

Szczeniaczek!


Zdjęcie użytkownika Bartek Ranger.

Od około dwóch lat bardzo intensywnie zastanawiałam się nad kolejnym psem.
Non stop głowiłam się nad rasą, wiekiem, przystosowaniem do sportów, wyprawką... Bardzo chciałam mieć szczeniaczka. Wszyyyysto od nowa! Tak po mojemu!
Ale zaraz... chciałam? Czyli już nie chcę? Ano nie... Cóż to się stało? - już mi się wydaje, że to słyszę za plecami. Czy zawsze musi coś się stać, żeby zmienić zdanie? Po prostu - dostałam papisia pod opiekę na pięć dni i wszystko wywróciło mi się
do góry nogami. Wysikiwanie psa co trzy godziny, może cztery, wsuwanie wszystkiego, co tylko mieści się do ryja, ew. można połamać na później, przywołanie od początku, odwołanie i inne takie "pierdoły"... Przecież to szlag może człowieka trafić! Nie pojeżdżam podopiecznego, tylko chcę pokazać, jak bardzo się odzwyczaiłam.
O ile "mój" papiszon był już ogarnięty i zachowywał się dobrze, tak zabawa od nowa
w socjalizację i inne takie chyba by mnie przerosły. Wydaje mi się, że nie zawsze doceniałam Lexa w pewnych sytuacjach, ale teraz nań patrząc, dochodzę do wniosku, iż jest naprawdę cudownym stworzeniem. Nie jest cudownie
i bezboleśnie, jest z nim trudno, ale przynajmniej wiem, czego mogę się po nim spodziewać. Dobrze go czytam, choć czasem zawodzę, ale mimo wszystko - sądzę, że teraz już może być tylko lepiej...
W chwili obecnej chwili muszę zająć się bardziej Lexem, jego błędami, potrzebami, defektami. Nie mam możliwości, by wziąć kolejnego psa, chociaż bardzo bym chciała (moja jedna strona), ale także nie chce mi się... Tak uważa moja druga strona. Wolę posłuchać tej bardziej leniwej niż zrobić krzywdę sobie, szczeniakowi
i otoczeniu. Nic na siłę!
I tak było do momentu, w którym mały Pluto/Glut wprowadził się do naszego domu. Lex nie pałał radością, ja także, ale dajemy radę! :D Dzieci ładnie współpracują podczas spaceru na smyczy, Lex lepiej przychodzi na zawołanie i nawet rywalizuje
z papim o piłkę, a raczej nie był "zabawkowy".
Przeszliśmy do klatkowania i oboje dają radę - tzn. Xeł już wcześniej miał coś zaczętego, a mały zaczynał od podstaw, ale jak mi się zapomni, to potrafi spać godzinę zamknięty raz na jakiś czas coś pomiałkując... :D Lexa nigdy nie miałam
aż takiej potrzeby w domu wyciszyć, żeby go przymykać, ale myślę, że jest w stanie pobić ten rekord.
Nie martwcie się! - Glut nie zostanie z nami na zawsze. Obecnie ma około cztery miesiące i szuka domu. Uwielbia dekielki, piłeczki i skakanie (skacze sam z siebie,
ale go hamuję, żeby nie zrobił sobie krzywdy, więc spokojnie). Dostaje do jedzonka owoce i warzywka, ale zdecydowanie woli to pierwsze. ;) Oczywiście je też chrupeczki i olej z łososia. Chcę w nim wyrobić dobre nawyki, póki jest jeszcze mały. Uwielbia brzoskwinki i jabłuszka, a marchewkę aportuje i chce się nią szarpać. :P Powstałe podczas tego procesu "wiórki" zjada, więc chyba coś dzwoni, ale nie wie jeszcze,
w którym kościele.
Nasz Pluteł poleca się do adopcji - będzie cudownym towarzyszem! Obowiązuje procedura adopcyjna TOZ Wrocław, a w niej jako główny "punkt programu" - kastracja w odpowiednim wieku. Więcej informacji możecie znaleźć tutaj, a jeśli pragniecie czegoś bardziej aktualnego, to zapraszam na maile podane w zakładce z informacjami o kontakcie.
Sądzę, że będzie coś jeszcze o Glucie, tylko dajcie mi jakieś pomysły, bo już pustka w głowie świta... ;)
Mieliście kiedyś psa na domu tymczasowym? Jakie odnieśliście wrażenia?

piątek, 1 września 2017

Projekt 62 - part 6 - Czy to już naprawdę koniec?

[zdjęcie będzie po edicie]

We wtorek odwiedził nas szczeniaczek. Moje stworzenie chyba jakoś specjalnie się z  tego powodu nie cieszyło (młody - co innego), ale po oddzieleniu kuchni
od reszty mieszkania - taboretem i  kartonem, młody się wyciszył i zasnął, Lex również - w końcu odzyskał upragniony spokój! :) Później bawili się snackballami, byliśmy na spacerze i mały papiś zasiedział się na pięć dni. Z każdą chwilą było coraz lepiej i już drugiego dnia dzieciaki się ignorowały. Na spacerach mój pies był raczej grzeczny - raz solidnie przegiął, ponieważ pogonił wiewiórkę (oboje dalej żyją).
W międzyczasie trenowałam rzuty dyskami (pozdrawiam Rudka :)) i przeszliśmy się na spacer w nasze stare miejsce, w którym dawno nie byliśmy. Chłopcy się spisali.
Później (po odstawieniu szczeniaka) postanowiłam zająć się bardziej Lexem - zaczęliśmy znów trenować "parkowe agility" - wymijanie słupów, drzew i inne tego typu. Zaczęłam prowadzić zeszyt treningowy, w którym piszę spostrzeżenia i wnioski na temat tego, nad czym obecnie pracujemy (nie szczekanie przy komendach i brak ekscytacji na widok domowników), bardziej zaczęłam zauważać karygodny błąd, jakim jest przeistaczanie się w "podajnik na żarcie", więc eliminuję to od siebie pomimo pracy na karmę (spalania miski). Jednego dnia naszło mnie na eksperyment socjologiczny, którego dokonałam, ale nie wiem czy będę się dzielić rezultatem,
bo dużo nie wniósł... Podczas jego przebiegu siedziałam w parku na ławce (prawie zasypiając), a Lex był odpięty i również grzecznie leżał - również prawie śpiąc. (To nie jest to, o co chodziło w eksperymencie.) Mówi to o tym, że z tego psa jeszcze coś sensownego może wyjść.
Dodatkowo - psina całkiem nieźle nakręca się na dyski i już ładnie stara się łapać rollery. Myślę, że warto jeszcze wspomnieć o zmianie karmy - jak na razie jest zamówiona. Może później zostanie coś naskrobane na jej temat, ale potrzeba
na to dłuższego czasu. Szykują się również dwie recenzje - produkty z firmy Doganica.
Ostatniego dnia sierpnia wybraliśmy się na Ślężę. Było ciężko, zakwasy są, ale było warto! :D

Podsumowując całe wakacje i cały projekt 62:
Cele:1. Opanowanie emocji.
2. Pohamowanie ambicji.
3. Przezwyciężenie lenistwa.
4. Ukrócenie wpojonych bodźców.
5. Zażegnanie wymuszania atencji.
Prawie ze wszystkim nam się udało! :D Nie jest idealnie, ale jesteśmy na bardzo dobrej ścieżce, więc nie jest już bardzo źle.

Działo się dużo i wakacje były cudowne, ale brakuje mi jeszcze ich kawałka! Niestety, trzeba czekać jeszcze rok... :'(

środa, 23 sierpnia 2017

Projekt 62 - part 5 - przygody


W weekend odwiedziliśmy rodzinę na wsi. Zachowanie psa było w bardzo dobre.
W sobotę oglądaliśmy rajd, więc Lex siedział w domu z babcią, licznych gości akceptował - nie szczekał ani nie witał się zbyt euforycznie - wypośrodkowałam go - gdy tylko na podwórko wjechał jakiś samochód, usadzałam psa i zabraniałam mu szczekać na odwiedzających i podbiegać do nich. Kończyło się tak, iż koniec końców sam rezygnował z powitania i szedł leżeć w chłodne miejsce. Wyjazd zakończył się niezbyt przyjemnym incydentem, przez co długo się zastanawiałam co poszło nie tak...
W kolejnych dniach zachowanie Lexa pozostawiało wiele do życzenia, jednak nie było naganne... Trochę się podrasowaliśmy i jakoś daliśmy radę. W piątek, podczas porannego spaceru, na lexowej łapie odkryłam coś w stylu pogryzienia czy też uczulenia, przez co dostał zakaz na kąpiele w Odrze. Na końcu tegoż spaceru (godzin - 3) stwierdził, że musi jużterazzaraznatychmiast wejść do wody i zbiec
z wału ignorując przywołanie. Ruszyłam więc w pogoń za nim kończąc na trawie. Chcąc udzielić psu reprymendy udałam się w jego stronę i tuż przy wodzie,
w chaszczach (chyba) zapodziałam moje "narzędzie tortur" czyli sprzęcik do metod negatywnych. Było mi strasznie gorąco, więc chciałam szybko je (narzędzie) zabrać i ulotnić się do cienia. Po złości nigdzie go nie mogłam znaleźć. Postanowiłam wyjąć z kieszeni telefon i przyświecić. Chuja tam! Telefonu też brak... Pokręciłam się po łące i go nie znalazłam. Jak teraz ogarnąć temat, jak za krótką chwilę miałam wychodzić na kolejny spacer? Szukałam jakichś ludzi i natrafiłam na uprzejmego pana 60+, który zgodził się użyczyć mi swojego "selfona", bym znalazła swój. Psu kazałam zostać obok niego, bo już go miałam dość w danej chwili, a poza tym nie chciałam, żeby mi przeszkadzał w "researchingu" terenu. Telefon znalazłam szybko. A narzędzie tortur? Walić... Gorąco się robi - poszukam później. Jakieś półtorej godziny później udaliśmy się na spacer do lasku, gdzie był cień i komary. Lex zachowywał się wzorowo (pomijając moment, w którym nie chciał, by mały "papiszon") pił jego wodę. Po upomnieniu, podniósł głowę, poczekał aż mały się napije i wtedy się napił. Nie chodzi tu o to, że wcale nie chciałam, żeby pił - uznałam warczenie jako przesadę. Zwykle grzecznie dzieli się miską. Potem szybkie lody, a po nich mała przerwa, podczas której pies mnie pociągnął, a cała herbata, którą piłam wylądowała na mnie. Wrrr!!! Później nastąpił powrót na piechotę do domu, a jako atrakcja - poszukiwanie zaginionego "dręczycielskiego" narzędzia. Znalezione! W trakcie powrotu do domu Lex podczas biegu do psa, w celu przywitania, zatrzymał się, gdy mu kazałam i ruszył również po moim pozwoleniu,
z czego się niezmiernie cieszę!
Tego samego dnia udaliśmy się za miasto na spacer i tuptaliśmy po polach. Lex zachowywał się praktycznie idealnie - ani razu nie musiałam używać smyczy,
więc to mówi samo za siebie... :)

 
Niedziela i poniedziałek składały się ze spacerów i sprzątania w proporcjach 1:3, więc pies musiał zająć się sam sobą - spał. Później było już tylko ciekawiej,
ale o tym następnym razem... ;)

środa, 16 sierpnia 2017

Projekt 62 - part 4 - Co u nas?


W ostatnim czasie zauważyłam, że Lex coraz bardziej interesuje się dekielkami
i już nawet chce się bawić bez jedzenia (piramidy nagród), więc mogę być
z dzieciaka dumna, chociaż i także i z siebie.  To chyba najważniejsze osiągnięcie ostatnich dziesięciu dni! Niedługo zacznie gadać o tym całe województwo! :P
Do kompletu mogę dorzucić jeszcze dokładne odmierzanie i ważenie psiego jedzenia w celu drobnego odchudzenia glizdy, bo coś mu się ostatnio przybrało... Zaczęliśmy również trenować pracowanie na karmę i bez jedzenia, co poszło nawet nieźle, ale do pożądanego efektu jeszcze długa, długa droga. Dodatkowo mogę jeszcze powiedzieć, iż trochę umarło nam przywołanie, jednak po skromnej jego reanimacji, powróciło do normy, ale jeszcze trochę - jeszcze trochę... Byliśmy
na spacerze w nowym miejscu, co za tym idzie - nowe, ciekawsze zapachy, ale Lex dzielnie dawał radę - dopóki zwierzyna nie była zbyt blisko.
Jak już, zaiste, widzicie - pogrzebałam także trochę w grafice i jest tu zupełnie inaczej. Nie oceniam, bo wiem, że zepsułam, ale jednocześnie ją naprawiłam.
W najbliższym czasie zamierzam jeszcze "doprawić" nagłówek po widocznej zmianie szablonu, skasować nieregularności w tekście - skrypt pokrzyżował moje plany, ponieważ miał działać na coś innego, ale chyba mu coś nie do końca wychodzi w życiu, więc... Tak... Trzeba nieco zabawy manualnej, by przywrócić wszystko do porządku i czytelnej wersji.
Będąc już w temacie bloga nie omieszkam dodać, iż zaczęłam klepać coś
o przywołaniu i o możliwych problemach z tym związanych (powody + zwalczanie), ale zastanawiam się nas sensem takiego wpisu, więc jakbyście mogli, to dajcie znać czy ktoś byłby zainteresowany.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Projekt 62 part 2 i 3 + podsumowanie miesiąca i hity



Jak już może wiecie, zmuszona zostałam zrobić podsumowanie dwudziestu dni jako jeden wpis. Nie dlatego, że nic nie robiliśmy. Wręcz przeciwnie - mieliśmy łapki pełne pracy! I wyjechaliśmy. A tyle się działo! Dlatego też, jako bonus, dorzucamy Wam podsumowanie miesiąca i hity lipca.
Codziennie pilnowaliśmy założeń projektu. Miało miejsce kilka bardzo ważnych wydarzeń i właśnie o nich chciałabym pomówić najwięcej, ponieważ uważam,
że są one warte uwagi.
14 lipca pojechaliśmy rano na agility, gdzie Lex pomimo zjedzenia kolacji (nie bycia głodnym) i wycisku umysłowego (troszkę) dzień wcześniej, pracował zaskakująco dobrze! Są filmiki, będziemy sklejać i robić coś większego. O treningu dowiedziałam się, gdy pies już pogromił kolację, więc żeby nie było, że go specjalnie karmiłam
i męczyłam przed. Czyżby była to drobna sugestia z jego strony, że jest gotów
na spontaniczne treningi? Mimo wszystko jednak dalej będę mu odbierała kolację dzień przed planowanym treningiem na korzyść śniadania i ograniczała myślenie.
15 dnia lipca moja kuzynka (buziaki!) organizowała urodziny, a że 18, to iść trzeba!
Ale co zrobić z psem?! Drogą dedukcji ustaliliśmy, że pójdzie do znajomego,
który ma akitę. To był karygodny błąd. Nie chcę tego roztrząsać, jednakże wiem,
że już więcej go nie dostanie! Lex nie mógł zostać sam w domu,
ponieważ musieliśmy jechać nieco ponad 100km, a zabrać go na imprezę też nie mogliśmy. Był to drugi raz, kiedy został z kimś "obcym". Poprzednim razem jednak byłam bardziej spokojna,
bo wiedziałam, że opieka była milion razy lepsza! Zostawiłam go ze spokojną głową,
bez lęku separacyjnego u żadnej ze stron. Nawet powstał na tę okoliczność filmik, który oglądałam na stypie. Polecam gorąco!
Wracając do tematu, impreza imprezą, a na drugi dzień wystawa! Ponownie miałam przyjemność prezentować pięknego Shirka (ZBIR A Pure Heart), skończyliśmy z oceną bardzo dobrą w klasie pośredniej. Jako że na tę wystawę mógł wejść każdy pies, pojechał też Lex. Kibicował i zachowywał się naprawdę nieźle. W tygodniu nie robiliśmy nic niezwykłego, a w piątek uderzyliśmy na stolicę. Udaliśmy się na wieczorną penetrację Starego Miasta, ronda „z palmą” i innych takich… :P Zachowanie psa to 7/10.
Rano, w sobotę, wyruszyliśmy w kierunku Mazur, gdzie osadziliśmy swoje leniwe tyłki
na ponad tydzień. Będzie o tym coś więcej w osobnym poście, bo ten musielibyście czytać chyba dwa dni. Po przyjeździe udaliśmy się na naszą ukochaną plażę miejską,
a w niedzielę płynęliśmy statkiem wycieczkowym w Giżycku. Pies, oczywiście,
płynął z nami! Głównie siedział i obserwował, bo jeden z członków naszego „drim timu” go obudził, jak próbował na początku zasnąć. Zachowanie Lexa w porcie pozostawiało wiele do życzenia, ale jest to też częściowo moja wina, choć nie do końca. Był bardzo rozemocjonowany, a, jak wiadomo, „naelektryzowany” pies nie jest zbyt grzeczny. Nie miałam zbytnio możliwości wyciszenia go, ale daliśmy radę. Każdego kolejnego dnia było coraz lepiej.
O psach na wsi, w której rezydowaliśmy napiszę co nieco w oddzielnym poście.
Lex był niezwykle wyciszony w stosunku do większości psów na wsi, co mnie cieszyło bardzo! Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego jak bardzo! W tym roku już awansował
i wchodził na piętro w domu oraz biegał luzem po polach. Przywołanie jest kilka razy lepsze niż w ubiegłym roku, ale o tym następnym razem. Coraz lepiej się koncentrował na mnie i wymagałam coraz więcej.

Teraz czas na ulubieńców!
Myślę, że niezaprzeczalnie należy zacząć od mopa! Tak. Od mopa. Ambitni psiarze wiedzą o co chodzi. ;) Wybrałam neonowy pomarańczowy. Jak się bardzo szybko okazało, jest to chyba najlepsza zabawka, jaką Lex miał kiedykolwiek. Zwykle, w celu nakręcenia do zabawy, stosowaliśmy piramidę nagród. Tutaj nie była ona konieczna, jednak pamiętałam o żelaznej zasadzie, jaką jest przerywanie zabawy w najciekawszym momencie – nie chcę, aby w tym czarnym łebku coś się odwidziało i znów zawiesił zabawę czymkolwiek.
Kolejny hit to ciastka z Maxi Zoo (takie tandetne zbożówki, które pływają). Na wystawie otrzymałam dwie papierowe torebeczki, które można było napełnić przysmakami
za darmo, więc pojechałam do sklepu (z przygodami – jak na mnie przystało) i przyniosłam różne. Raczej starałam się wybierać te drobniejsze, ale i tak wzięłam wszystkiego
po trochę.
W ciągu tego miesiąca „przypomniałam sobie” o mojej kamerce sportowej, więc będzie filmik i o smyczy gumowanej, której poprawiłam design i często z niej korzystałam,
mimo że ma rok z kawałkiem, ale sądzę, że o niej też mogę napisać coś osobnego
w przyszłości.

Dajcie znać jak tam Wasze wypady! :)