sobota, 21 października 2017

Gdy gubimy kalorie i drogę do domu jednocześnie...


Teraz jest sobota wieczór, po 21... Siedzę na krześle przed komputerem, mam herbatkę - cały dzbanek, orzeszki w czekoladzie i jestem z siebie zadowolona.
Jak psychiczna? Nie wiem, być może.
Rano nastawiłam sobie budzik na 7:00, żeby wstać i wyprowadzić dwa psy na spacer.
Właściwie to psa i sukę, bo w nocy z poniedziałku na wtorek przybyła do nas nowa tymczasowiczka - Tesla. O niej będzie więcej później, bo nie ona jest główną bohaterką tej historii.
Wróciwszy - około 7:20 podniosłam się, a do pokoju wszedł Lex. Mój brat zapytał czy pies przytył czy schudł, bo jest jakiś inny z wyglądu. Dotknęłam jego bok i... nie było tam żeber! Tłuszcz. Gruba, ubita warstwa tłuszczu. Poczułam zażenowanie.
1. Jak mogłam doprowadzić psa do takiego stanu?
2. Jak mogłam tego nie zauważyć?
3. Jak bardzo dałam ciała? Taki wstyd!
Ubrałam się, zeszłam z suczydłem na dół, po pięciu minutach oznajmiłam,
że wybieram się z Lexem na rower. "Buuu... Na rower? Po co?" - usłyszałam, po czym zebrałam się i wyszłam uprzednio odmierzając mniejszą dzienną dawkę karmy i biorąc jej część do kieszeni. Wydostałam rower z piwnicy i hit the road! Kiedyś jeździliśmy
na rowerze regularnie - raz w tygodniu, ale z niewiadomych powodów zaprzestaliśmy.
Myślałam, że wrócę po pół godzinie i przejechaniu wału.
Najpierw jechałam z Lexem na smyczy, ale później uznałam, że go odepnę. Dojechaliśmy do mostu i nie widać było po nas zmęczenia. [Ponad tydzień temu,
w czwartek wybrałam się na rower sama i ledwie dawałam radę - musiałam robić sobie przerwy co około 10 minut, więc kondycja słabiutka...] Stwierdziłam, że przejadę się ścieżką rowerową, którą jeszcze nigdy nie jechałam, bo i tak dojedziemy prawie
że do punktu wyjścia.
Okazało się, że strollowałam sama siebie, ponieważ wylądowaliśmy na środku Odry (prawie że) - cypel, półwysep czy też wystające gówno z zaporą - jak kto preferuje. Minuta przerwy na namysł i musieliśmy kontynuować podróż do domu. Wybrałam ścieżkę, która wydawała się prowadzić do domu. Uhm... Trafiłam na ulicę, którą pomyliłam z Placem Grunwaldzkim i na chłodno podchodząc do tematu - poprawiłam się. Nie byłam pewna w którą stronę do domu, ale cóż... Przed siebie! Koniec końców dotarłam do miejsca, w którym zaczynała się "ścieżka specjalnej troski", a stamtąd koło szkoły i fru do domu - zajęliśmy cały chodnik i ścieżkę rowerową, ale spokojnie - nie było ludzi... ;)  Cała trasa przedstawia się mniej więcej tak:


W międzyczasie zdarzyło się kilka momentów, w których Lex ledwie dawał radę,
przez co musiałam zwolnić lub też się zatrzymać i dać mu czas na regenerację.
Było cudownie! Zapomniałam już jakie to przyjemne. Bardzo cenię sobie czas sam
na sam z Lexełkiem, więc teraz chcę takich wypadów minimum raz w tygodniu.
Nie dodałam jeszcze, że podczas wyprawy kilkakrotnie mijaliśmy psy (raz znajomego)
i Lex zachowywał się wyśmienicie! :)
Poniekąd jestem dumna z przerwy od wspólnych przejażdżek, ponieważ zrozumiałam jak bardzo są one ważne dla naszej relacji.
Nie wiem jak Wy, ale ja często czytam posty o spontanicznych decyzjach i bardzo je lubię...

środa, 18 października 2017

Janusze, a bezdomność zwierząt


Od jakiegoś czasu głębiej siedzę w  adopcjach, domach tymczasowych, zbiórkach
i  innych tozowych rzeczach... Tym samem zaczyna zastanawiać mnie wychowanie wychowanie niektórych ludzi - bez względu na wiek.
Podczas imprezy Rekordowej Miski siedziałam w  namiocie TOZu i  pilnowałam puszki z  kasą, dziękowałam za ofiary i  odpowiadałam na  pytania zainteresowanych ludzi. Przez większość czasu trochę przysypiałam, ale  głównie, to  miziałam Pluta
i  obserwowałam różne sytuacje. Byli ludzie, którzy wrzucali grubsze pieniądze i  nie brali za  to  żadnych fantów, przychodzili rodzice z  dziećmi, którzy dawali swoim pociechom pieniądze, żeby  te później mogły sobie wybrać "nagrodę" - byłam bardzo wzruszona, kiedy jeden z  tatusiów przyszedł z  kilkuletnią córeczką, wręczył jej banknot, ta  umieściła go w puszce, a następnie wzięła kilka gadżetów, które leżały
na stoliku; gdy jej rodziciel to zauważył, natychmiast wręczył jej kolejny banknot informując, że  jeśli chce tyle rzeczy, to  musi jeszcze wrzucić pieniążki na  pieski. Inna, równie wzruszająca, sytuacja to ta, kiedy ponownie duet w zestawie ojciec
i córka, ale już inni, przyszli, usłyszałam pytanie czy jeśli córka wrzuci pieniądze,
to czy dostanie serduszko, bo to najważniejsze [coś na kształt naklejek WOŚPowych]. Widocznie chciał jej pokazać, że pomaganie jest bardzo ważne. Żeby nie było tak pięknie: byli też Janusze i Grażyny! W każdym wieku! W każdym kształcie! Każda płeć! Żyć, nie umierać! Ale tak już na poważnie - nie chodzi mi
o starszych ludzi, bo ci, w przeważającej części, byli w porządku - jedni nawet przynieśli jakieś tam różne przysmaki, materiały na posłania, smycz i obrożę...
Chodzi mi tutaj o młodą Grażynkę, która to podeszła do naszego stoiska i udając,
że nie wie o co chodzi, zabrała kilka gadżetów ze stolika. Zachowała się tak, jakby kradła bratu czekoladę z talerzyka.  Niby nic się nie stało, ale nie mogę pojąć dlaczego niektórzy rodzice potrafią wychowywać dziecko tak, by było empatyczne i wrażliwe
na krzywdę zwierząt (i nie tylko), a inni dają dzieciom ciche przyzwolenie
na pasożytowanie(?), okradanie(?), żerowanie(?) na organizacjach dobroczynnych.
To okropne, żeby dziecko myślało w taki sposób, że jak sobie coś weźmie, to nic się nie stanie. I płacić nie musi. Nawet na cele charytatywne.
Tym samem naprawdę nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie nie pomagają innym. Namawiam do wydawania całej wypłaty na bezdomne zwierzęta, hospicja i inne tego typu? Bynajmniej! Nie umiem zrozumieć motywu braku działania przeciętnego humanoida. Nie będzie wolontariuszem w schronisku, bo nie ma pieniędzy, ale nie haruje też dzień i noc. Chuj z tym, że wolontariat nie kosztuje nic. Jest za darmo! Tyle, co dojazdy i czas, ale logicznie: czy nie lepiej pomóc tym, którzy mają tak, jak my, niewiele, zamiast gapić się w Facebooka kilka godzin? Lepiej, ale dlaczego ludzie tego nie robią? Bo nie? Bardzo dojrzałe, naprawdę...
Nie wiem jakie macie podejście, ale bardzo bym chciała je poznać, bo jestem ciekawa czy tylko ja jestem "inna" pod tym względem...

czwartek, 12 października 2017

Rozumieć psa...

               

Post sprzed kilku tygodni. Przepraszam za nieobecność - postaram się ją nadrobić, jednak ostatnio brak wolnego czasu jest zabójczy...

Pod wpływem ostatnich zdarzeń dochodzę do wniosku, że mogę oświadczyć,
iż znam swojego psa. Po pięciu latach zaczynam korzystać z wiedzy, która to została mi przezeń przekazana albo przeze mnie odkryta. Ale o co się rozchodzi?




Ano o to, że pewnego poranka się budzę i słyszę burczenie Lexa w kierunku szczeniaka. Drzwi miałam zamknięte, więc jedyne, co widziałam, to zapalone światło w przedpokoju przez szybę w drzwiach. Kolejnym dźwiękiem, który dotarł do moich uszu był to głos mojej rodzicielki udzielającej psu reprymendy, a następnie dołączającego się do tego ojca. Oboje snuli teorie na temat tego, co się stało, dlaczego Lex odgania Gluta, mimo że już przestał... Ichniejsze teorie były momentami skrajnie odmienne i żadna z nich nie wydawała mi się poprawna.
Ruszyłam się z pokoju do kuchni i już w przelocie usłyszałam pytanie dlaczego Lex tak się zachował. Powiedziałam, że nie wiem, bo tego nie widziałam i jestem daleka
od wysnuwania teorii dalekich od czegokolwiek.
Popołudniu tegoż dnia, gdy wracałam do domu, spotkałam tatę na spacerze z psami. Wzięłam jednego i się z nimi przeszłam. Potem zamierzałam odwiedzić sklep,
więc poprosiłam, żeby na mnie poczekali. Tak też zrobili. Po wyjściu ze sklepu ponownie przejęłam Lexa, który to się wyrwał do psa miejscowego żula, gdy ten nawet na niego nie patrzył. Przecież już to mieliśmy wypracowane! Ignorował go pięć metrów od nas, a teraz wyrwał się w jego stronę z odległości dziesięciu? Coś tu nie gra!
Odkąd się zaczęła szkoła i harówa, Lex więcej czasu spędza z tatą, który mu na dużo pozwala. Za dużo... Jednakże - czy mój pies się aż tak bardzo rozwydrzył,
żeby zachowywać się w taki sposób. Nie pytajcie to znaczy w jaki, błagam! Uznałam, że należy powiązać te dwa wydarzenia. Ogólne rozdrażnienie, większa pobudliwość, reaktywność, brak zaangażowania w wykonywaniu poleceń... Co to może być?
Teza: Coś go boli
Założenia: Już od rana albo od wczoraj
Dowód: Pieseł siedział sobie z tatą na łóżku. Nagle usłyszałam swoje imię. Przyszłam i ujrzałam ranę na ogonie. Lex dawał znać, że mu się to nie podoba i że go to boli. Nie gryzł, ale nie chciał dać tego dotknąć. Poradziliśmy sobie. Pomysłów
na minutę były miliony - ugryzienie, pogryzienie, wygryzienie, nerwy, stres, alergia, uczulenie, skaleczenie, rak, nowotwór, zabili go i uciekł... Jedna wielka recytacja domysłów
na wdechu. Z mojej strony były to czyste domysły, natomiast ze strony taty szło to już w stronę całych historii z morałem.
Zatem:/Podsumowując: MMS z tajemniczym zjawiskiem trafił w ciągu kilkudziesięciu minut do weterynarza oraz została sporządzona lista rzeczy, które mogły to coś spowodować. Kolejnego dnia wizyta i diagnoza. Hotspot.
Nie zostało to napisane dla atencji, a jedynie w celu ukazania istoty znajomości własnego psa. Sądzę, że gdyby nie to, że zaobserwowane zostały negatywne zmiany w zachowaniu, prawdopodobnie dłużej trwałoby odkrywanie sączącej się i rozlizywanej rany. 

czwartek, 21 września 2017

Szczeniaczek!


Zdjęcie użytkownika Bartek Ranger.

Od około dwóch lat bardzo intensywnie zastanawiałam się nad kolejnym psem.
Non stop głowiłam się nad rasą, wiekiem, przystosowaniem do sportów, wyprawką... Bardzo chciałam mieć szczeniaczka. Wszyyyysto od nowa! Tak po mojemu!
Ale zaraz... chciałam? Czyli już nie chcę? Ano nie... Cóż to się stało? - już mi się wydaje, że to słyszę za plecami. Czy zawsze musi coś się stać, żeby zmienić zdanie? Po prostu - dostałam papisia pod opiekę na pięć dni i wszystko wywróciło mi się
do góry nogami. Wysikiwanie psa co trzy godziny, może cztery, wsuwanie wszystkiego, co tylko mieści się do ryja, ew. można połamać na później, przywołanie od początku, odwołanie i inne takie "pierdoły"... Przecież to szlag może człowieka trafić! Nie pojeżdżam podopiecznego, tylko chcę pokazać, jak bardzo się odzwyczaiłam.
O ile "mój" papiszon był już ogarnięty i zachowywał się dobrze, tak zabawa od nowa
w socjalizację i inne takie chyba by mnie przerosły. Wydaje mi się, że nie zawsze doceniałam Lexa w pewnych sytuacjach, ale teraz nań patrząc, dochodzę do wniosku, iż jest naprawdę cudownym stworzeniem. Nie jest cudownie
i bezboleśnie, jest z nim trudno, ale przynajmniej wiem, czego mogę się po nim spodziewać. Dobrze go czytam, choć czasem zawodzę, ale mimo wszystko - sądzę, że teraz już może być tylko lepiej...
W chwili obecnej chwili muszę zająć się bardziej Lexem, jego błędami, potrzebami, defektami. Nie mam możliwości, by wziąć kolejnego psa, chociaż bardzo bym chciała (moja jedna strona), ale także nie chce mi się... Tak uważa moja druga strona. Wolę posłuchać tej bardziej leniwej niż zrobić krzywdę sobie, szczeniakowi
i otoczeniu. Nic na siłę!
I tak było do momentu, w którym mały Pluto/Glut wprowadził się do naszego domu. Lex nie pałał radością, ja także, ale dajemy radę! :D Dzieci ładnie współpracują podczas spaceru na smyczy, Lex lepiej przychodzi na zawołanie i nawet rywalizuje
z papim o piłkę, a raczej nie był "zabawkowy".
Przeszliśmy do klatkowania i oboje dają radę - tzn. Xeł już wcześniej miał coś zaczętego, a mały zaczynał od podstaw, ale jak mi się zapomni, to potrafi spać godzinę zamknięty raz na jakiś czas coś pomiałkując... :D Lexa nigdy nie miałam
aż takiej potrzeby w domu wyciszyć, żeby go przymykać, ale myślę, że jest w stanie pobić ten rekord.
Nie martwcie się! - Glut nie zostanie z nami na zawsze. Obecnie ma około cztery miesiące i szuka domu. Uwielbia dekielki, piłeczki i skakanie (skacze sam z siebie,
ale go hamuję, żeby nie zrobił sobie krzywdy, więc spokojnie). Dostaje do jedzonka owoce i warzywka, ale zdecydowanie woli to pierwsze. ;) Oczywiście je też chrupeczki i olej z łososia. Chcę w nim wyrobić dobre nawyki, póki jest jeszcze mały. Uwielbia brzoskwinki i jabłuszka, a marchewkę aportuje i chce się nią szarpać. :P Powstałe podczas tego procesu "wiórki" zjada, więc chyba coś dzwoni, ale nie wie jeszcze,
w którym kościele.
Nasz Pluteł poleca się do adopcji - będzie cudownym towarzyszem! Obowiązuje procedura adopcyjna TOZ Wrocław, a w niej jako główny "punkt programu" - kastracja w odpowiednim wieku. Więcej informacji możecie znaleźć tutaj, a jeśli pragniecie czegoś bardziej aktualnego, to zapraszam na maile podane w zakładce z informacjami o kontakcie.
Sądzę, że będzie coś jeszcze o Glucie, tylko dajcie mi jakieś pomysły, bo już pustka w głowie świta... ;)
Mieliście kiedyś psa na domu tymczasowym? Jakie odnieśliście wrażenia?

piątek, 1 września 2017

Projekt 62 - part 6 - Czy to już naprawdę koniec?

[zdjęcie będzie po edicie]

We wtorek odwiedził nas szczeniaczek. Moje stworzenie chyba jakoś specjalnie się z  tego powodu nie cieszyło (młody - co innego), ale po oddzieleniu kuchni
od reszty mieszkania - taboretem i  kartonem, młody się wyciszył i zasnął, Lex również - w końcu odzyskał upragniony spokój! :) Później bawili się snackballami, byliśmy na spacerze i mały papiś zasiedział się na pięć dni. Z każdą chwilą było coraz lepiej i już drugiego dnia dzieciaki się ignorowały. Na spacerach mój pies był raczej grzeczny - raz solidnie przegiął, ponieważ pogonił wiewiórkę (oboje dalej żyją).
W międzyczasie trenowałam rzuty dyskami (pozdrawiam Rudka :)) i przeszliśmy się na spacer w nasze stare miejsce, w którym dawno nie byliśmy. Chłopcy się spisali.
Później (po odstawieniu szczeniaka) postanowiłam zająć się bardziej Lexem - zaczęliśmy znów trenować "parkowe agility" - wymijanie słupów, drzew i inne tego typu. Zaczęłam prowadzić zeszyt treningowy, w którym piszę spostrzeżenia i wnioski na temat tego, nad czym obecnie pracujemy (nie szczekanie przy komendach i brak ekscytacji na widok domowników), bardziej zaczęłam zauważać karygodny błąd, jakim jest przeistaczanie się w "podajnik na żarcie", więc eliminuję to od siebie pomimo pracy na karmę (spalania miski). Jednego dnia naszło mnie na eksperyment socjologiczny, którego dokonałam, ale nie wiem czy będę się dzielić rezultatem,
bo dużo nie wniósł... Podczas jego przebiegu siedziałam w parku na ławce (prawie zasypiając), a Lex był odpięty i również grzecznie leżał - również prawie śpiąc. (To nie jest to, o co chodziło w eksperymencie.) Mówi to o tym, że z tego psa jeszcze coś sensownego może wyjść.
Dodatkowo - psina całkiem nieźle nakręca się na dyski i już ładnie stara się łapać rollery. Myślę, że warto jeszcze wspomnieć o zmianie karmy - jak na razie jest zamówiona. Może później zostanie coś naskrobane na jej temat, ale potrzeba
na to dłuższego czasu. Szykują się również dwie recenzje - produkty z firmy Doganica.
Ostatniego dnia sierpnia wybraliśmy się na Ślężę. Było ciężko, zakwasy są, ale było warto! :D

Podsumowując całe wakacje i cały projekt 62:
Cele:1. Opanowanie emocji.
2. Pohamowanie ambicji.
3. Przezwyciężenie lenistwa.
4. Ukrócenie wpojonych bodźców.
5. Zażegnanie wymuszania atencji.
Prawie ze wszystkim nam się udało! :D Nie jest idealnie, ale jesteśmy na bardzo dobrej ścieżce, więc nie jest już bardzo źle.

Działo się dużo i wakacje były cudowne, ale brakuje mi jeszcze ich kawałka! Niestety, trzeba czekać jeszcze rok... :'(

środa, 23 sierpnia 2017

Projekt 62 - part 5 - przygody


W weekend odwiedziliśmy rodzinę na wsi. Zachowanie psa było w bardzo dobre.
W sobotę oglądaliśmy rajd, więc Lex siedział w domu z babcią, licznych gości akceptował - nie szczekał ani nie witał się zbyt euforycznie - wypośrodkowałam go - gdy tylko na podwórko wjechał jakiś samochód, usadzałam psa i zabraniałam mu szczekać na odwiedzających i podbiegać do nich. Kończyło się tak, iż koniec końców sam rezygnował z powitania i szedł leżeć w chłodne miejsce. Wyjazd zakończył się niezbyt przyjemnym incydentem, przez co długo się zastanawiałam co poszło nie tak...
W kolejnych dniach zachowanie Lexa pozostawiało wiele do życzenia, jednak nie było naganne... Trochę się podrasowaliśmy i jakoś daliśmy radę. W piątek, podczas porannego spaceru, na lexowej łapie odkryłam coś w stylu pogryzienia czy też uczulenia, przez co dostał zakaz na kąpiele w Odrze. Na końcu tegoż spaceru (godzin - 3) stwierdził, że musi jużterazzaraznatychmiast wejść do wody i zbiec
z wału ignorując przywołanie. Ruszyłam więc w pogoń za nim kończąc na trawie. Chcąc udzielić psu reprymendy udałam się w jego stronę i tuż przy wodzie,
w chaszczach (chyba) zapodziałam moje "narzędzie tortur" czyli sprzęcik do metod negatywnych. Było mi strasznie gorąco, więc chciałam szybko je (narzędzie) zabrać i ulotnić się do cienia. Po złości nigdzie go nie mogłam znaleźć. Postanowiłam wyjąć z kieszeni telefon i przyświecić. Chuja tam! Telefonu też brak... Pokręciłam się po łące i go nie znalazłam. Jak teraz ogarnąć temat, jak za krótką chwilę miałam wychodzić na kolejny spacer? Szukałam jakichś ludzi i natrafiłam na uprzejmego pana 60+, który zgodził się użyczyć mi swojego "selfona", bym znalazła swój. Psu kazałam zostać obok niego, bo już go miałam dość w danej chwili, a poza tym nie chciałam, żeby mi przeszkadzał w "researchingu" terenu. Telefon znalazłam szybko. A narzędzie tortur? Walić... Gorąco się robi - poszukam później. Jakieś półtorej godziny później udaliśmy się na spacer do lasku, gdzie był cień i komary. Lex zachowywał się wzorowo (pomijając moment, w którym nie chciał, by mały "papiszon") pił jego wodę. Po upomnieniu, podniósł głowę, poczekał aż mały się napije i wtedy się napił. Nie chodzi tu o to, że wcale nie chciałam, żeby pił - uznałam warczenie jako przesadę. Zwykle grzecznie dzieli się miską. Potem szybkie lody, a po nich mała przerwa, podczas której pies mnie pociągnął, a cała herbata, którą piłam wylądowała na mnie. Wrrr!!! Później nastąpił powrót na piechotę do domu, a jako atrakcja - poszukiwanie zaginionego "dręczycielskiego" narzędzia. Znalezione! W trakcie powrotu do domu Lex podczas biegu do psa, w celu przywitania, zatrzymał się, gdy mu kazałam i ruszył również po moim pozwoleniu,
z czego się niezmiernie cieszę!
Tego samego dnia udaliśmy się za miasto na spacer i tuptaliśmy po polach. Lex zachowywał się praktycznie idealnie - ani razu nie musiałam używać smyczy,
więc to mówi samo za siebie... :)

 
Niedziela i poniedziałek składały się ze spacerów i sprzątania w proporcjach 1:3, więc pies musiał zająć się sam sobą - spał. Później było już tylko ciekawiej,
ale o tym następnym razem... ;)

środa, 16 sierpnia 2017

Projekt 62 - part 4 - Co u nas?


W ostatnim czasie zauważyłam, że Lex coraz bardziej interesuje się dekielkami
i już nawet chce się bawić bez jedzenia (piramidy nagród), więc mogę być
z dzieciaka dumna, chociaż i także i z siebie.  To chyba najważniejsze osiągnięcie ostatnich dziesięciu dni! Niedługo zacznie gadać o tym całe województwo! :P
Do kompletu mogę dorzucić jeszcze dokładne odmierzanie i ważenie psiego jedzenia w celu drobnego odchudzenia glizdy, bo coś mu się ostatnio przybrało... Zaczęliśmy również trenować pracowanie na karmę i bez jedzenia, co poszło nawet nieźle, ale do pożądanego efektu jeszcze długa, długa droga. Dodatkowo mogę jeszcze powiedzieć, iż trochę umarło nam przywołanie, jednak po skromnej jego reanimacji, powróciło do normy, ale jeszcze trochę - jeszcze trochę... Byliśmy
na spacerze w nowym miejscu, co za tym idzie - nowe, ciekawsze zapachy, ale Lex dzielnie dawał radę - dopóki zwierzyna nie była zbyt blisko.
Jak już, zaiste, widzicie - pogrzebałam także trochę w grafice i jest tu zupełnie inaczej. Nie oceniam, bo wiem, że zepsułam, ale jednocześnie ją naprawiłam.
W najbliższym czasie zamierzam jeszcze "doprawić" nagłówek po widocznej zmianie szablonu, skasować nieregularności w tekście - skrypt pokrzyżował moje plany, ponieważ miał działać na coś innego, ale chyba mu coś nie do końca wychodzi w życiu, więc... Tak... Trzeba nieco zabawy manualnej, by przywrócić wszystko do porządku i czytelnej wersji.
Będąc już w temacie bloga nie omieszkam dodać, iż zaczęłam klepać coś
o przywołaniu i o możliwych problemach z tym związanych (powody + zwalczanie), ale zastanawiam się nas sensem takiego wpisu, więc jakbyście mogli, to dajcie znać czy ktoś byłby zainteresowany.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Projekt 62 part 2 i 3 + podsumowanie miesiąca i hity



Jak już może wiecie, zmuszona zostałam zrobić podsumowanie dwudziestu dni jako jeden wpis. Nie dlatego, że nic nie robiliśmy. Wręcz przeciwnie - mieliśmy łapki pełne pracy! I wyjechaliśmy. A tyle się działo! Dlatego też, jako bonus, dorzucamy Wam podsumowanie miesiąca i hity lipca.
Codziennie pilnowaliśmy założeń projektu. Miało miejsce kilka bardzo ważnych wydarzeń i właśnie o nich chciałabym pomówić najwięcej, ponieważ uważam,
że są one warte uwagi.
14 lipca pojechaliśmy rano na agility, gdzie Lex pomimo zjedzenia kolacji (nie bycia głodnym) i wycisku umysłowego (troszkę) dzień wcześniej, pracował zaskakująco dobrze! Są filmiki, będziemy sklejać i robić coś większego. O treningu dowiedziałam się, gdy pies już pogromił kolację, więc żeby nie było, że go specjalnie karmiłam
i męczyłam przed. Czyżby była to drobna sugestia z jego strony, że jest gotów
na spontaniczne treningi? Mimo wszystko jednak dalej będę mu odbierała kolację dzień przed planowanym treningiem na korzyść śniadania i ograniczała myślenie.
15 dnia lipca moja kuzynka (buziaki!) organizowała urodziny, a że 18, to iść trzeba!
Ale co zrobić z psem?! Drogą dedukcji ustaliliśmy, że pójdzie do znajomego,
który ma akitę. To był karygodny błąd. Nie chcę tego roztrząsać, jednakże wiem,
że już więcej go nie dostanie! Lex nie mógł zostać sam w domu,
ponieważ musieliśmy jechać nieco ponad 100km, a zabrać go na imprezę też nie mogliśmy. Był to drugi raz, kiedy został z kimś "obcym". Poprzednim razem jednak byłam bardziej spokojna,
bo wiedziałam, że opieka była milion razy lepsza! Zostawiłam go ze spokojną głową,
bez lęku separacyjnego u żadnej ze stron. Nawet powstał na tę okoliczność filmik, który oglądałam na stypie. Polecam gorąco!
Wracając do tematu, impreza imprezą, a na drugi dzień wystawa! Ponownie miałam przyjemność prezentować pięknego Shirka (ZBIR A Pure Heart), skończyliśmy z oceną bardzo dobrą w klasie pośredniej. Jako że na tę wystawę mógł wejść każdy pies, pojechał też Lex. Kibicował i zachowywał się naprawdę nieźle. W tygodniu nie robiliśmy nic niezwykłego, a w piątek uderzyliśmy na stolicę. Udaliśmy się na wieczorną penetrację Starego Miasta, ronda „z palmą” i innych takich… :P Zachowanie psa to 7/10.
Rano, w sobotę, wyruszyliśmy w kierunku Mazur, gdzie osadziliśmy swoje leniwe tyłki
na ponad tydzień. Będzie o tym coś więcej w osobnym poście, bo ten musielibyście czytać chyba dwa dni. Po przyjeździe udaliśmy się na naszą ukochaną plażę miejską,
a w niedzielę płynęliśmy statkiem wycieczkowym w Giżycku. Pies, oczywiście,
płynął z nami! Głównie siedział i obserwował, bo jeden z członków naszego „drim timu” go obudził, jak próbował na początku zasnąć. Zachowanie Lexa w porcie pozostawiało wiele do życzenia, ale jest to też częściowo moja wina, choć nie do końca. Był bardzo rozemocjonowany, a, jak wiadomo, „naelektryzowany” pies nie jest zbyt grzeczny. Nie miałam zbytnio możliwości wyciszenia go, ale daliśmy radę. Każdego kolejnego dnia było coraz lepiej.
O psach na wsi, w której rezydowaliśmy napiszę co nieco w oddzielnym poście.
Lex był niezwykle wyciszony w stosunku do większości psów na wsi, co mnie cieszyło bardzo! Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego jak bardzo! W tym roku już awansował
i wchodził na piętro w domu oraz biegał luzem po polach. Przywołanie jest kilka razy lepsze niż w ubiegłym roku, ale o tym następnym razem. Coraz lepiej się koncentrował na mnie i wymagałam coraz więcej.

Teraz czas na ulubieńców!
Myślę, że niezaprzeczalnie należy zacząć od mopa! Tak. Od mopa. Ambitni psiarze wiedzą o co chodzi. ;) Wybrałam neonowy pomarańczowy. Jak się bardzo szybko okazało, jest to chyba najlepsza zabawka, jaką Lex miał kiedykolwiek. Zwykle, w celu nakręcenia do zabawy, stosowaliśmy piramidę nagród. Tutaj nie była ona konieczna, jednak pamiętałam o żelaznej zasadzie, jaką jest przerywanie zabawy w najciekawszym momencie – nie chcę, aby w tym czarnym łebku coś się odwidziało i znów zawiesił zabawę czymkolwiek.
Kolejny hit to ciastka z Maxi Zoo (takie tandetne zbożówki, które pływają). Na wystawie otrzymałam dwie papierowe torebeczki, które można było napełnić przysmakami
za darmo, więc pojechałam do sklepu (z przygodami – jak na mnie przystało) i przyniosłam różne. Raczej starałam się wybierać te drobniejsze, ale i tak wzięłam wszystkiego
po trochę.
W ciągu tego miesiąca „przypomniałam sobie” o mojej kamerce sportowej, więc będzie filmik i o smyczy gumowanej, której poprawiłam design i często z niej korzystałam,
mimo że ma rok z kawałkiem, ale sądzę, że o niej też mogę napisać coś osobnego
w przyszłości.

Dajcie znać jak tam Wasze wypady! :)


środa, 12 lipca 2017

Projekt 62 - part 1


Dziś przyszedł czas na podsumowanie pierwszej części projektu 62, który postanowiłam rozgrzebać w tym roku. Miałam dopiero w ostatniej części zawrzeć dwanaście dni,
ale coś się pozmieniało i uznałam, że lepiej zrobić najpierw dwanaście dni,
a później po dziesięciu. niż po tych dziesięciu dniach napisać, że u nas nic nowego i nic nie wiem, bo wyjechałam. Tak, wyjechałam. Bez psa. Zostawiłam go z moimi rodzicami. Tym razem miałam spokojną głowę. Pierwszego lipca byliśmy na dniu psa w schronisku, a drugiego już byłam na wsi. Przekiblowałam ponad tydzień - akurat do dziesiątego
i wróciłam. Pełna obaw co do tego czy pies nie został zepsuty i nie ma zresetowanego mózgu.
Jak wiadomo, będąc na wyjeździe trudno jest trenować cokolwiek nie mając psa ze sobą, ale dochodzę do wniosku, że pies mi się nie zepsuł! :) Po moim powrocie działał tak, w jakim stanie go zostawiłam, mimo że wiem, że nikt z nim tego nie ćwiczył - m.in. nie wybieganie z klatki schodowej na spacer, nie ciągnięcie na smyczy. Widzę,
że ucierpiało trochę chodzenie przy nodze luzem, ale to mniejsza strata niż np. reset kontroli emocji... Czyżbyśmy właśnie osiągnęli "sumę gwarantowaną"? Czy to nasz próg, do którego już nie trzeba wracać, bo się już osiągnął? Od jutra zakładamy jakiś dzienniczek treningowy, czy jak to tam nazwać, i zapisujemy każde niepowodzenie
na spacerze i każdy sukces. Chętnie dodam, że dziś intensywnie pracowaliśmy nad zostawaniem będąc przywiązanym bez darcia paszczy i wychodziło całkiem, całkiem! :D
A Wy jak sobie radzicie z treningami w wakacje? Czy może nie macie już wakacji?


czwartek, 6 lipca 2017

Dzień Psa 2017

W schronisku dla bezdomnych zwierząt we Wrocławiu, w tę sobotę, odbyła się impreza z okazji dnia psa. Można było skorzystać z porad behawiorysty - Pawła Matuszkiewicza (Nakama) oraz groomera. Była także możliwość treningu fitPAWs oraz dokonania zakupu akcesoriów u K9 - Thorn. Można było, rzecz jasna, wesprzeć TOZ Wrocław
oraz wyprowadzić któregoś z rezydentów schroniska na spacer. Ci bardziej odważni mogli skorzystać z toru agility, na którym zwykle trenują psy ze schroniska oraz wziąć udział
w konkursie na cudownego kundelka.


Już na samym początku Lex zachowywał się dobrze i, pomijając kilka niepotrzebnych szczeków, przez cały czas był grzeczny. Dzielnie ćwiczył na piłkach, torze i korzystał
z basenu.

.

W konkurencji na cudownego kundelka udało nam się zdobyć trzecie miejsce (z trzech + nagroda specjalna). Jestem z nas bardzo dumna. :) Część rzeczy, które wygraliśmy - np. materacyk, miska i smycz są dla Lexa za małe, więc będą sobie spokojnie czekać
na szczeniaczka.
Pewnie wszystkich interesują nasze nagrody. Piszę będąc na wyjeździe, więc mogłam
o czymś zapomnieć:
-miska
-smycz
-materacyk
-waga do karmy
-Pedigree Rodeo
-piłeczka tenisowa (psia)
-świecąca piłeczka gumowa
-hawajski naszyjnik - niebieskie kwiaty
-kubek
-smyczka z TOZu
-breloczek TOZu "Przyjaciel zwierząt"
-kalendarz TOZu
-magnes w kształcie psiej łapki z napisem "The home is where the dog is"
-torba wielorazowego użytku RC
-darmowe wejście na psi fitness
-darmowy psi grooming
Nie zależało mi na nagrodach, a na dobrej zabawie! M.in. dzięki temu na kilka minut przed zakończeniem zapisów się dopisałam.


A czy Wy braliście udział w jakiejś imprezie z okazji dnia psa? Jak było? Możecie zostawić linki pod spodem, chętnie poczytam. W razie ciekawości, zapraszam na maila - jest w zakładce kontakt. :)


Pies - Kuba (ze zdjęcia) poleca się do adopcji! Więcej informacji można zaczerpnąć
u mnie. ;) [dla jasności - ten z tyłu]

sobota, 24 czerwca 2017

"Twardym trzeba być, a nie miętkim", jak mawia klasyk...


Jak już zdecydowana większość z Was wie, że teraz nadszedł jeden z najbardziej pożądanych okresów w roku - wakacje! W 2015 roku, jak i w 2016 również, przeważająca część psich blogerów zdeklarowała udział w projekcie 62.
Nie będę tłumaczyła o co w nim chodzi dokładnie, ale tak w skrócie: polega on na tym,
że wyznaczamy sobie cele do osiągnięcia wraz z psem, a postępami chwalimy
się na blogu. W tym roku jeszcze u nikogo nie widziałam zapowiedzi o projekcie,
więc niniejszym czuję się powołana do rozpoczęcia!

Nasze zmory i ich przyczyny:Zacznijmy ode mnie - będzie łatwiej, mimo że nasze kłopoty są podobne. Często miewam chore ambicje, a każde zetknięcie
z rzeczywistością boli. Bywam leniwa. Zdarza mi się napakować w siebie masę jedzenia na noc. Czasem jest tak, że mówię więcej niż powinnam i działam "mechanicznie".
U Lexa natomiast brakuje kontroli emocji. On również działa mechanicznie wpojonymi wzorcami, które są błędne. Jest niecierpliwy i niekiedy wymusza uwagę szczekaniem.

Wszystkie nasze problemy powstały przez niewiedzę, ignorancję i brak profesjonalizmu.

Cele:
1. Opanowanie emocji.
2. Pohamowanie ambicji.
3. Przezwyciężenie lenistwa.
4. Ukrócenie wpojonych bodźców.
5. Zażegnanie wymuszania atencji.

Jak będziemy działać?
Plan dnia jest taki, że rano będziemy w spokoju i na luzie wychodzić na spacerki -
w różne miejsca i w różnym towarzystwie, może będziemy coś ćwiczyć, później będziemy jeść śniadanko, a później jak wyjdzie, tak wyjdzie. Generalnie, to podstawą działania będzie pozytywne nastawienie do spacerowania i ćwiczenia
z psem. Mam nadzieję na porobienie ciekawych zdjęć i filmików.
Mam zamiar odbyć kilka przejażdżek rowerowych z Lexem oraz solidnie poćwiczyć zabawę i sztuczki. Wydaje mi się, że muszę ukrócić drapanie ściany z emocji,
gdy usłyszy domofon piszczący na dźwięk zbliżających się domowników
oraz wybieganie z domu na spacer. Przyda się również chodzenie na luźnej smyczy,
co jest związane z kontrolą emocji.  Różnymi metodami poćwiczymy zostawanie będąc przywiązanym (np. do drzewa w parku) oraz zamkniętym w kennelu.
Co do bloga, to posty będę publikować dość regularnie i będą dość ciekawe.
Postaram się wstawiać je dwa razy w tygodniu!

Podsumowanie będę dziergać co kilkanaście dni (w miarę regularnie) i będzie 100% szczere! :)

Działacie w projekcie 62?

czwartek, 22 czerwca 2017

Welcome to the dark side...


... czyli o tym, że mi też się czasem nie chce!
W życiu każdego człowieka zdarzają się takie momenty, gdzie nic mu się nie chce. Może być chory, niewyspany, zmęczony czy jakkolwiek inaczej zaabsorbowany przez jakieś negatywne siły. Dla mnie jest to coś normalnego. Nie chce się i koniec. Kiedy jestem zmęczona lub zwyczajnie nie mam w danej chwili ochoty na coś, co zwykle robię bardzo chętnie, nie można mnie do tego zmusić za pomocą żadnych środków, a wręcz nawet nie powinno się próbować tego robić, bo do niczego dobrego to nie doprowadzi,
a w najlepszym wypadku skończy się użyciem przepony do wydarcia się Nie! czy innego wykrzyknienia w tym stylu.
Co ma to wspólnego z psami? Kilka razy bardzo nie chciało mi się iść na wystawę psów, ale z drugiej strony bardzo chciałam. Tylko raz się poddałam, ale to ze względu
na pogodę i chorobę Lexa. W pozostałych przypadkach chodziłam.
Zdecydowanie częściej nie chce mi się wychodzić na spacery niż jeździć na wystawy, gdyż jest do tego więcej okazji. Zazwyczaj są to dni, w których natłok obowiązków
i zaliczeń bierze górę. Wtedy, zwyczajnie, nie czuję się na siłach by zrobić psu spacer marzeń, czyli taki, żeby było miło i cudownie. Znacie to uczucie?
Czasem jest tak, że gdy tylko wracam do domu muszę podjąć decyzję - spacer czy siku - i tu już jest problem. Zwykle decyduję się na spacer, ale w takie gorące lub też duszne dni, jak dziś, wybieram krótszą formę załatwienia potrzeb. Zdarza się też tak,
że choćbym stanęła na rzęsach, to nie da się ze mnie wyjąć złych emocji. Czuję się zarówno wściekła, jak i bezradna - zwykle wobec czynników niezależnych ode mnie. Skrajnie - nawet kogokolwiek. Pies natychmiast to wyczuwa i w większości przypadków odmawia posłuszeństwa. Zgadnijcie kto "zbiera" za całokształt sprawy...
Jako opiekunowie psów nie powinniśmy doprowadzać do sytuacji, w której nasz pupil staje się obiektem, na którym się rozładowuje emocje; jako ludzie nie możemy doprowadzać do sytuacji, w której trzeba się wyładować na kimkolwiek i przenieść
na niego emocje. Czemu on jest winien? Doskonale rozumiem, że w takich sytuacjach się o tym nie myśli. Nie wspominam o liczeniu do dziesięciu, głębokich wdechach czy innym gównie, bo to nie tędy droga... Trzeba brać górę nad swoimi emocjami. Nie będę pisać, jak do tego dojść, bo to nie o tym blog. Jak ktoś nie rozumie co mam na myśli,
to zapraszam na maila albo do komentarzy.

Jeśli wiem, że jestem bardzo zdenerwowana i nie chcę, żeby Lex został moim kozłem ofiarnym, to w taki dzień nic nie ćwiczę i robię tak, by mieć jak najmniej szans
na nakrzyczenie na niego. Tak jest najlepiej. Spacery - takie, żeby załatwił potrzeby,
a energia to albo snackball albo po prostu idzie spać. :P Ja wówczas czekam aż mi przejdzie. Bez szkody dla nikogo.

A co robię, gdy po prostu mi się nie chce? - Jak się motywuję? Jestem zdecydowanie przeciwna motywowaniu się na siłę. Doprowadzają mnie do szału ludzie, którzy widząc mój brak motywacji do działania i ekspresyjne lenistwo, zaczynają mnie wyzywać od leni. Czy to w czymś pomoże? Dlaczego miałabym pracować sobie denną pracą na opinię
u kogoś, kto i tak nie ma większego znaczenia w moim życiu albo jego opinia nie jest dla mnie ważna? Logiczne, że nie działa. Często siedząc w gmachu szkoły odliczam godziny, a nawet minuty, żeby tylko przybiec do domu, porwać smycz, psa, nerkę i lecieć na spacer, ale gdy tylko wdrapię się po schodach, to mi się odechciewa. Tak bywa. Spacer? Nie... Ktoś inny wyjdzie... Za słabą motywacją wydaje mi się niejednokrotnie fakt, że pies potrzebuje spaceru. Załatwi się na pięciominutowym, prawda? Wystarczy mu.
No i generalnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zbyt często to ostatnio powtarzałam. Przykre, ale prawdziwe. Spokojnie - nie tylko ja z nim wychodzę,
więc nie chodził pięciu minut przez całą dobę.
Podczas jednego z "dołów" odkryłam stronę spacerzpsem.pl/ - jest to strona, którą odwiedzam głównie w celu kalkulatora kalorii, które spala się podczas spaceru. Zapraszam serdecznie do zapoznania się z nim, gdyż ostatnio uznałam, że przydałoby się pozbyć zbędnych kilogramów, więc dzięki temu kalkulatorowi już wiem na czym stoję. ;) Wychodzę, mierzę czas, kilometry z google maps i wszystko jasne! Motywacja jest kiepska, ale jakaś jest...

Jakie spacery robię, gdy mi się nie chce egzystować? Zazwyczaj takie, gdzie mogę odpiąć smycz, przewiesić sobie przez ramię i iść przed siebie. Bez ludzi i psów. Zazwyczaj trzeba nieźle kombinować, ale na upartego to i w piątek popołudniu mogę się tak przejść. Wtedy psa wołam bardzo rzadko, a on sam zauważa, że najlepiej, gdy idzie obok mnie. Raz na jakiś czas dostaje nagrodę za bycie grzecznym psem. Wtedy nie bierzemy ze sobą żadnych zabawek, ponieważ Lex potrzebuje do zabawy nimi niezłego dopingu i sporej motywacji, a jeżeli ja jej nie posiadam, to on również jej nie będzie miał, bo skąd? Mimo że mam doświadczenie w uczeniu innych tego, czego sama nie umiem (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi;)), to to jest nie do przeskoczenia.
Odkąd zaczęłam praktykować tego typu spacery, zauważyłam, że psu to również służy. Kto powiedział, że pies na spacerze ma biegać, jak powalony i aportować patyki?
Dla mnie cenną umiejętnością jest chodzenie przy nodze i ignorowanie społeczeństwa. Na spacerze tego typu zazwyczaj się prawie wcale nie odzywam, a komendy,
to (w szczególnych przypadkach - np. pies na horyzoncie) głównie do mnie, siad, noga, zostań, uwaga... W między czasie stajemy, przypinam smycz, pies nas mija, a my bezstresowo człapiemy dalej.

Niektórzy ludzie złośliwie komentują tempo, z jakim poruszają się niektórzy psiarze,
ale przecież to nie jest maraton! Chodzi o miłe spędzenie czasu, a nie o dziki sprint,
bo to nie ma sensu. Najmniejszego. Na co to komu? Medal z ziemniaka za to dostaniecie?
Wracając do motywacji - niedawno usłyszałam, że ten, dla kogo niewystarczającą motywacją do wyjścia z psem jest to, że pies powinien wyjść, nie powinien mieć psa. Moja reakcja była negatywna. Ukrywanie przed samym sobą tego, że nam się nie chce jest chore. To tak, jak z wstrzymywaniem płaczu czy wstrząsaniem butelki coli
z mentosem w środku. Niby ważne jest przezwyciężenie swoich negatywnych stron,
ale z drugiej strony ukrywanie ich i oczernianie innych, że nie są tak silni jest... nieodpowiednie. Przynajmniej.
Osoba, od której to usłyszałam słynie z tego typu wypowiedzi, a często sama wysługuje się innymi, także... Sami podsumujcie.
Starczy zrzędzenia!

Teraz co z blogiem? Gdzie mnie wcięło? Czy żyję? Co u Lexa?
Nie miałam o czym pisać. Jeśli się nie ma tematów, to należy się zamknąć. :P Takie jest moje zdanie. Nie miałam nic mądrego do powiedzenia. Brakowało mi weny i tematów,
więc po co publikować posty bez sensu? To tak, jak ze spacerami. Po co spacer,
na którym i my będziemy zestresowani, i pies, a nasza relacja może ulec pogorszeniu się? Lepiej odpuścić, a potem nadrobić. Tak więc teraz będzie trochę więcej wolnego, więc może będę wrzucać jakieś ciekawe wypociny na psie tematy. Uwierzcie mi,
że ostatnio nic ciekawego się u nas nie dzieje, więc odpuściłam pisanie. Od teraz jednak będę się bardziej przykładała to bycia blogerem, a Lex może coś będzie testował,
ale zobaczymy, jak to wyjdzie, bo ostatnio głównie skupiam się na wyjściu na prostą
z jego zachowaniem, co nie jest łatwe, ale o tym nie teraz. Z takich ciekawszych,
to przymierzamy się do zmiany karmy (tak z czystej ciekawości) i od początku kwietnia stosujemy nieco inne metody szkoleniowe - mieszankę negatywnych z pozytywnymi, jednakże negatywne idą w ruch, gdy pozytywne zawiodą, ale mimo to, Lex jest dalej szczęśliwym haszczem, który kocha życie, więc nie martwcie się - wszystko jest
w porządku. :D Na początku kwietnia miał miejsce nieprzyjemny incydent, który miał przykre konsekwencje, ale nie mam teraz ochoty tego roztrząsać, bo do niczego to nie doprowadzi. A - i to nie od tego zależała zmiana naszych metod, więc od razu uprzedzam pytania - Nie, Lex nikogo nie zjadł! ;)

Na końcu dodam jeszcze o nowej akcji, którą warto się zainteresować i jest ona związana z tematem spacerów. Jest to akcja smycz dla psiaka, która polega na wsparciu akcesoriami spacerowymi rezydentów schroniska. Nieco więcej możecie dowiedzieć się po kliknięciu w baner. :)


Wyświetlanie smycz_dla_psiaka_cover_foto.png

Gratuluję dotrwania do końca. Nie pytajcie o to, co we mnie wstąpiło, że wygląd bloga jest taki, a nie inny, ale to się może niedługo zmieni. Tamten już mi się znudził. Tak po prostu. :P
Zostawiajcie komentarze na dole, chciałabym się dowiedzieć o czym chcielibyście poczytać albo poznać moje zdanie na jakiś temat, więc czekam na informacje od Was
i pozdrawiam! :D


środa, 31 maja 2017

Aqua Pro Animale, czyli o specjalnej wodzie dla psów...


Od dłuższego czasu w Internecie, a dokładniej - w psiej blogosferze aż huczy
od psiej wody. Jednym szkodzi, drugim nie smakuje, a trzeci nie mają zastrzeżeń...
A jak to było w naszym przypadku?
Sądzę, że warto byłoby zacząć od tego, czym jest rzeczona woda, skąd pochodzi
i jakie są korzyści jej stosowania. Możecie o tym przeczytać na stronie producenta.
W olbrzymim skrócie: Aqua Pro Animale jest specjalną wodą dla zwierząt
(obecnie psów i kotów) wydobywaną w Beskidzie Żywieckim, zawiera dodatek aceroli, która to jest źródłem odporności naszego pupila.
Woda rozlewana jest do butelek o pojemności 0,5l; 1,5l i 5l. Cena to (odpowiednio) 2,49zł; 4,49zł oraz 8,99zł. Cena jest dość wysoka - biorąc pod uwagę,
że w supermarkecie można zakupić 6l wody za niecałe 2zł - ta wychodzi naprawdę drogo. Przy średniej wielkości butelce, litr tejże wody kosztuje ok. 3zł.

Jak na wodę zareagował sam "zainteresowany"? Mając do wyboru dwie miski
z wodą - w jednej była woda z butelki (taka, którą pije zwykle), a w drugiej - Aqua Pro Animale, wybierał wodę, którą pije zazwyczaj. Gdy się skończyła, bardzo niechętnie pił tę psią.
Podczas majówkowego wyjazdu przez pierwsze dwa dni miał w misce tylko psią wodę i pił ją bardzo chętnie. Później się skończyła i wróciliśmy do butelkowanej "ludzkiej".
Rewolucji żołądkowych, jelitowych i innych takich nie stwierdzono, choć tego obawiałam się najbardziej.

Teraz chyba nadszedł czas na to, na co świat czeka najbardziej - jak smakuje psia woda?
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała tejże wody. Szczerze mówiąc - smakuje praktycznie tak samo, jak ta dla ludzi, jednak smakowo różni się od tej pitej przez nas na co dzień.
Nie zmienia to faktu, iż trochę pomogłam Lexowi zlikwidować zapas wody,
jaki dostaliśmy do testów.
Rewolucje żołądkowe? Jelitowe? Nie stwierdzono!

Woda bardzo się sprawdziła podczas wyjść np. na plażę czy na dłuższe spacery.

Zalety:
- zróżnicowanie pod względem wielkości
- dostępność w sklepie
- wiele informacji

Wady:
- cena
- niepewność co do tolerancji przez organizm psa

Jakie są Wasze wrażenia po stosowaniu tej wody? Sami też jej próbowaliście? :P


RePAWer, czyli reperujemy łapki wraz z firmą Doganica

Nadszedł czas na kolejną recenzję, lecz tym razem nie jest to jedzenie, miska
czy też zabawka. Dziś, pierwszy raz, mamy możliwość podzielenia się z Wami, naszymi wrażeniami dotyczącymi wegańskich kosmetyków dla psów!
Jest to pierwsza recenzja z trzech, które są planowane.


O firmie możecie przeczytać na stronie internetowej. Ja rozpiszę się na temat kosmetyku.
RePAWer, to preparat do stosowania bezpośrednio na psie poduszki wymagające wygładzenia, usunięcia zrogowaceń i innych nieprzyjemnych schorzeń.
Preparat stosuje się 2-3 razy dziennie bezpośrednio na łapy.


Konsystencja jest mniej więcej taka, jak miodu (pierwsze skojarzenie), ale takiego rozpuszczonego, jednak nie klejącego ;)
Zapach przypomina do złudzenia mentolowy sztyft do nosa, co psu się, niestety,
nie podoba.
Bardzo ciekawy jest wygląd kosmetyku (nietrzymanego w lodówce).
Trzymany w lodówce staje się twardszy, zmienia kolor.


Producent pisze:
rePAWer to psi balsam stworzony na bazie naturalnych olei i maseł roślinnych dobranych w taki sposób, aby łapy Twojego psa były gładkie, idealne i nawilżone. Suche i pękające poduszki psich łap
to częsty problem naszych pupili, nie przymykajmy na to oczu.

Opracowaliśmy rePAWer, aby wspomóc regenerację suchych, szorstkich, a nawet pękających psich łapek. W okresie zimowym pies jest narażony na kontakt z przymarzniętą i posypaną solą ziemią, w okresie letnim natomiast swoimi łapami ma bezpośredni kontakt z nagrzanym asfaltem. Takie warunki przyczyniają się
do pogorszenia stanu łap. rePAWer wspomoże regenerację
i przyspieszy przywrócenie dobrej kondycji psim poduszkom. Efekty będą widoczne już przy pierwszym użyciu, a przy regularnym stosowaniu nie będziesz mógł się oprzeć, aby podać łapę swojemu przyjacielowi. Zdrowe łapy powinny być nawilżone, sprężyste
i gąbczaste, jeżeli łapki Twojego psa takie nie są, pomóż mu
to osiągnąć. rePAWer nawilży i odżywi łapy, a jeżeli są popękane,
a nawet zranione przyniesie im ukojenie i ułatwi ich gojenie. Spróbujesz naszego balsamu raz, a będzie to obowiązkowy produkt w Twojej psiej kosmetyczce.


Więcej informacji tutaj

Produkt ten występuje w dwóch wariantach - 10ml oraz 65ml, więc także w dwóch różnych cenach; mniejszy kosztuje 19,00zł, a większy - 65zł.
Oceńcie sami czy to dużo czy też nie.
My mieliśmy mniejszą wersję produktu.

Zalety:
- wegańskość
- naturalny skład
- skuteczność
- bezpieczeństwo przy zlizywaniu z łap (nasze psie dziecko się nie zatruje)

Wady:
- zapach
- sposób aplikacji
- wydajność

Dodatkowa cecha, to tłustość (tuż po smarowaniu łapek mój pies koniecznie chciał kręcić się po domu, więc chyba nie muszę informować o tym, jak wyglądała podłoga).

Generalnie produkt polecamy każdemu, kto ma jakieś problemy z łapkami ;)
Kosmetyk pomaga nawet wówczas, gdy stosujemy go rzadziej niż powinniśmy!

Piszcie na dole, jak tam Wasze łapki i dajcie znać czy coś stosujecie oraz czy znaliście już wcześniej firmę Doganica :D

poniedziałek, 8 maja 2017

O przysmakach z Mr Doo...



Tym razem mamy przyjemność podzielenia się z Wami naszymi opiniami na temat przysmaków  z firmy Mr Doo, których mieliśmy przyjemność spróbować w ramach współpracy ze sklepem zoologicznym krakvet.pl.
Otrzymaliśmy 10 paczek przysmaków po 80g każda, co łącznie daje 800g suszonego mięska!
7 rodzajów!
Na wstępie powiem, że zawartość każdego opakowania zawiera 80g przysmaków, kosztuje 11,90zł i ma specyficzny zapach, właściwy dla tego typu przysmaków.



Przechodząc do szczegółów:

With duck breast:
Ilość w opakowaniu:  19 pasków
„Podzielność”: rękoma nie jest łatwo ze względu na właściwości kaczego mięsa („żyłki”), nożyczkami – bez większych problemów
Wielkość: ok. 12cm długości
Ocena testera: 10/10
Cena 1 szt.: ok. 62gr



With chicken strip:
Ilość w opakowaniu:  4
„Podzielność”: rękoma jest łatwo, nożyczkami niezbyt ze względu na twardość
i suchość

Wielkość: ok. 14cm długości i 4 długości
Ocena testera: 9,5/10
Cena za 1 szt.: nieco mniej niż 3zł


With duck strip: (grubsze paski)
Ilość w opakowaniu:  15
„Podzielność”: rękoma nie jest łatwo ze względu na właściwości kaczego mięsa („żyłki”), nożyczkami – bez większych problemów
Wielkość: ok. 14cm długości
Ocena testera: 10/10
Cena za 1 szt.: ok. 79gr


With chicken: (kółka)
Ilość w opakowaniu:  19
„Podzielność”: bardzo łatwo podzielić krążek na mniejsze części
Wielkość: ok. 3,5cm średnicy
Ocena testera: 10/10
Cena za 1 szt.: ok. 79gr


With chicken and codfish: (roladki)
Ilość w opakowaniu:  9
„Podzielność”: roladki nie sprawiają trudności przy dzieleniu
Wielkość: ok. do 2cm średnicy
Ocena testera: 10/10
Cena za 1 szt.: ok.1,30zł


With chicken and cheese:
Ilość w opakowaniu:  6
„Podzielność”: rękoma jest łatwo, nożyczkami niezbyt ze względu na twardość
i suchość

Wielkość: ok. 11cm długości
Ocena testera: 9/10
Cena za 1 szt.: nieco mniej niż 2zł

Dogbone with chicken:
Ilość w opakowaniu:  10
„Podzielność”: średnia
Wielkość: ok. 7cm długości kosteczka; mięsko - różnie
Ocena testera: 7/10 najpierw samej kości nie chciał, z mięsem już tak; później wrócił do pierwszej
Cena za 1 szt.: 1,19zł


Skąd takie wysokie oceny testera?  Dlatego, że dostałaś za darmo!
Nie! Nie! Nie! Przysmaki, jakie mieliśmy przyjemność testować, to przysmaki naturalne, przez co dla Lexa są atrakcyjne. Tyle ;)

Zalety:
-skład
-zapach
-„podzielność”
-zamykanie strunowe (zip)
-widoczność „właściwości” mięsa (np. kaczka)

Wady:
-cena [niekiedy bywa jednak opłacalna]
-zszywki przytwierdzające kartonik informacyjny do opakowania (walały się wszędzie)

Generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni  z możliwości testowania przysmaków. Uczestniczyły wraz z nami w wyjeździe majówkowym i sprawdzały się do zadań specjalnych. Lex był bardzo zmotywowany do działania. Niektóre lądowały
w kongach i snackballu (twardsze i większe), a wszystkie (bez wyjątku) stanowiły nagrody.
Bardzo dziękujemy sklepowi krakvet za umożliwienie nam udziału w testowaniu nowości.
Było nam niezmiernie miło :)

Zapraszamy do sklepu

Dajcie znać czy znaliście już wcześniej przysmaki tej firmy i jak się podobała recenzja!