sobota, 24 czerwca 2017

"Twardym trzeba być, a nie miętkim", jak mawia klasyk...


Jak już zdecydowana większość z Was wie, że teraz nadszedł jeden z najbardziej pożądanych okresów w roku - wakacje! W 2015 roku, jak i w 2016 również, przeważająca część psich blogerów zdeklarowała udział w projekcie 62.
Nie będę tłumaczyła o co w nim chodzi dokładnie, ale tak w skrócie: polega on na tym,
że wyznaczamy sobie cele do osiągnięcia wraz z psem, a postępami chwalimy
się na blogu. W tym roku jeszcze u nikogo nie widziałam zapowiedzi o projekcie,
więc niniejszym czuję się powołana do rozpoczęcia!

Nasze zmory i ich przyczyny:Zacznijmy ode mnie - będzie łatwiej, mimo że nasze kłopoty są podobne. Często miewam chore ambicje, a każde zetknięcie
z rzeczywistością boli. Bywam leniwa. Zdarza mi się napakować w siebie masę jedzenia na noc. Czasem jest tak, że mówię więcej niż powinnam i działam "mechanicznie".
U Lexa natomiast brakuje kontroli emocji. On również działa mechanicznie wpojonymi wzorcami, które są błędne. Jest niecierpliwy i niekiedy wymusza uwagę szczekaniem.

Wszystkie nasze problemy powstały przez niewiedzę, ignorancję i brak profesjonalizmu.

Cele:
1. Opanowanie emocji.
2. Pohamowanie ambicji.
3. Przezwyciężenie lenistwa.
4. Ukrócenie wpojonych bodźców.
5. Zażegnanie wymuszania atencji.

Jak będziemy działać?
Plan dnia jest taki, że rano będziemy w spokoju i na luzie wychodzić na spacerki -
w różne miejsca i w różnym towarzystwie, może będziemy coś ćwiczyć, później będziemy jeść śniadanko, a później jak wyjdzie, tak wyjdzie. Generalnie, to podstawą działania będzie pozytywne nastawienie do spacerowania i ćwiczenia
z psem. Mam nadzieję na porobienie ciekawych zdjęć i filmików.
Mam zamiar odbyć kilka przejażdżek rowerowych z Lexem oraz solidnie poćwiczyć zabawę i sztuczki. Wydaje mi się, że muszę ukrócić drapanie ściany z emocji,
gdy usłyszy domofon piszczący na dźwięk zbliżających się domowników
oraz wybieganie z domu na spacer. Przyda się również chodzenie na luźnej smyczy,
co jest związane z kontrolą emocji.  Różnymi metodami poćwiczymy zostawanie będąc przywiązanym (np. do drzewa w parku) oraz zamkniętym w kennelu.
Co do bloga, to posty będę publikować dość regularnie i będą dość ciekawe.
Postaram się wstawiać je dwa razy w tygodniu!

Podsumowanie będę dziergać co kilkanaście dni (w miarę regularnie) i będzie 100% szczere! :)

Działacie w projekcie 62?

czwartek, 22 czerwca 2017

Welcome to the dark side...


... czyli o tym, że mi też się czasem nie chce!
W życiu każdego człowieka zdarzają się takie momenty, gdzie nic mu się nie chce. Może być chory, niewyspany, zmęczony czy jakkolwiek inaczej zaabsorbowany przez jakieś negatywne siły. Dla mnie jest to coś normalnego. Nie chce się i koniec. Kiedy jestem zmęczona lub zwyczajnie nie mam w danej chwili ochoty na coś, co zwykle robię bardzo chętnie, nie można mnie do tego zmusić za pomocą żadnych środków, a wręcz nawet nie powinno się próbować tego robić, bo do niczego dobrego to nie doprowadzi,
a w najlepszym wypadku skończy się użyciem przepony do wydarcia się Nie! czy innego wykrzyknienia w tym stylu.
Co ma to wspólnego z psami? Kilka razy bardzo nie chciało mi się iść na wystawę psów, ale z drugiej strony bardzo chciałam. Tylko raz się poddałam, ale to ze względu
na pogodę i chorobę Lexa. W pozostałych przypadkach chodziłam.
Zdecydowanie częściej nie chce mi się wychodzić na spacery niż jeździć na wystawy, gdyż jest do tego więcej okazji. Zazwyczaj są to dni, w których natłok obowiązków
i zaliczeń bierze górę. Wtedy, zwyczajnie, nie czuję się na siłach by zrobić psu spacer marzeń, czyli taki, żeby było miło i cudownie. Znacie to uczucie?
Czasem jest tak, że gdy tylko wracam do domu muszę podjąć decyzję - spacer czy siku - i tu już jest problem. Zwykle decyduję się na spacer, ale w takie gorące lub też duszne dni, jak dziś, wybieram krótszą formę załatwienia potrzeb. Zdarza się też tak,
że choćbym stanęła na rzęsach, to nie da się ze mnie wyjąć złych emocji. Czuję się zarówno wściekła, jak i bezradna - zwykle wobec czynników niezależnych ode mnie. Skrajnie - nawet kogokolwiek. Pies natychmiast to wyczuwa i w większości przypadków odmawia posłuszeństwa. Zgadnijcie kto "zbiera" za całokształt sprawy...
Jako opiekunowie psów nie powinniśmy doprowadzać do sytuacji, w której nasz pupil staje się obiektem, na którym się rozładowuje emocje; jako ludzie nie możemy doprowadzać do sytuacji, w której trzeba się wyładować na kimkolwiek i przenieść
na niego emocje. Czemu on jest winien? Doskonale rozumiem, że w takich sytuacjach się o tym nie myśli. Nie wspominam o liczeniu do dziesięciu, głębokich wdechach czy innym gównie, bo to nie tędy droga... Trzeba brać górę nad swoimi emocjami. Nie będę pisać, jak do tego dojść, bo to nie o tym blog. Jak ktoś nie rozumie co mam na myśli,
to zapraszam na maila albo do komentarzy.

Jeśli wiem, że jestem bardzo zdenerwowana i nie chcę, żeby Lex został moim kozłem ofiarnym, to w taki dzień nic nie ćwiczę i robię tak, by mieć jak najmniej szans
na nakrzyczenie na niego. Tak jest najlepiej. Spacery - takie, żeby załatwił potrzeby,
a energia to albo snackball albo po prostu idzie spać. :P Ja wówczas czekam aż mi przejdzie. Bez szkody dla nikogo.

A co robię, gdy po prostu mi się nie chce? - Jak się motywuję? Jestem zdecydowanie przeciwna motywowaniu się na siłę. Doprowadzają mnie do szału ludzie, którzy widząc mój brak motywacji do działania i ekspresyjne lenistwo, zaczynają mnie wyzywać od leni. Czy to w czymś pomoże? Dlaczego miałabym pracować sobie denną pracą na opinię
u kogoś, kto i tak nie ma większego znaczenia w moim życiu albo jego opinia nie jest dla mnie ważna? Logiczne, że nie działa. Często siedząc w gmachu szkoły odliczam godziny, a nawet minuty, żeby tylko przybiec do domu, porwać smycz, psa, nerkę i lecieć na spacer, ale gdy tylko wdrapię się po schodach, to mi się odechciewa. Tak bywa. Spacer? Nie... Ktoś inny wyjdzie... Za słabą motywacją wydaje mi się niejednokrotnie fakt, że pies potrzebuje spaceru. Załatwi się na pięciominutowym, prawda? Wystarczy mu.
No i generalnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zbyt często to ostatnio powtarzałam. Przykre, ale prawdziwe. Spokojnie - nie tylko ja z nim wychodzę,
więc nie chodził pięciu minut przez całą dobę.
Podczas jednego z "dołów" odkryłam stronę spacerzpsem.pl/ - jest to strona, którą odwiedzam głównie w celu kalkulatora kalorii, które spala się podczas spaceru. Zapraszam serdecznie do zapoznania się z nim, gdyż ostatnio uznałam, że przydałoby się pozbyć zbędnych kilogramów, więc dzięki temu kalkulatorowi już wiem na czym stoję. ;) Wychodzę, mierzę czas, kilometry z google maps i wszystko jasne! Motywacja jest kiepska, ale jakaś jest...

Jakie spacery robię, gdy mi się nie chce egzystować? Zazwyczaj takie, gdzie mogę odpiąć smycz, przewiesić sobie przez ramię i iść przed siebie. Bez ludzi i psów. Zazwyczaj trzeba nieźle kombinować, ale na upartego to i w piątek popołudniu mogę się tak przejść. Wtedy psa wołam bardzo rzadko, a on sam zauważa, że najlepiej, gdy idzie obok mnie. Raz na jakiś czas dostaje nagrodę za bycie grzecznym psem. Wtedy nie bierzemy ze sobą żadnych zabawek, ponieważ Lex potrzebuje do zabawy nimi niezłego dopingu i sporej motywacji, a jeżeli ja jej nie posiadam, to on również jej nie będzie miał, bo skąd? Mimo że mam doświadczenie w uczeniu innych tego, czego sama nie umiem (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi;)), to to jest nie do przeskoczenia.
Odkąd zaczęłam praktykować tego typu spacery, zauważyłam, że psu to również służy. Kto powiedział, że pies na spacerze ma biegać, jak powalony i aportować patyki?
Dla mnie cenną umiejętnością jest chodzenie przy nodze i ignorowanie społeczeństwa. Na spacerze tego typu zazwyczaj się prawie wcale nie odzywam, a komendy,
to (w szczególnych przypadkach - np. pies na horyzoncie) głównie do mnie, siad, noga, zostań, uwaga... W między czasie stajemy, przypinam smycz, pies nas mija, a my bezstresowo człapiemy dalej.

Niektórzy ludzie złośliwie komentują tempo, z jakim poruszają się niektórzy psiarze,
ale przecież to nie jest maraton! Chodzi o miłe spędzenie czasu, a nie o dziki sprint,
bo to nie ma sensu. Najmniejszego. Na co to komu? Medal z ziemniaka za to dostaniecie?
Wracając do motywacji - niedawno usłyszałam, że ten, dla kogo niewystarczającą motywacją do wyjścia z psem jest to, że pies powinien wyjść, nie powinien mieć psa. Moja reakcja była negatywna. Ukrywanie przed samym sobą tego, że nam się nie chce jest chore. To tak, jak z wstrzymywaniem płaczu czy wstrząsaniem butelki coli
z mentosem w środku. Niby ważne jest przezwyciężenie swoich negatywnych stron,
ale z drugiej strony ukrywanie ich i oczernianie innych, że nie są tak silni jest... nieodpowiednie. Przynajmniej.
Osoba, od której to usłyszałam słynie z tego typu wypowiedzi, a często sama wysługuje się innymi, także... Sami podsumujcie.
Starczy zrzędzenia!

Teraz co z blogiem? Gdzie mnie wcięło? Czy żyję? Co u Lexa?
Nie miałam o czym pisać. Jeśli się nie ma tematów, to należy się zamknąć. :P Takie jest moje zdanie. Nie miałam nic mądrego do powiedzenia. Brakowało mi weny i tematów,
więc po co publikować posty bez sensu? To tak, jak ze spacerami. Po co spacer,
na którym i my będziemy zestresowani, i pies, a nasza relacja może ulec pogorszeniu się? Lepiej odpuścić, a potem nadrobić. Tak więc teraz będzie trochę więcej wolnego, więc może będę wrzucać jakieś ciekawe wypociny na psie tematy. Uwierzcie mi,
że ostatnio nic ciekawego się u nas nie dzieje, więc odpuściłam pisanie. Od teraz jednak będę się bardziej przykładała to bycia blogerem, a Lex może coś będzie testował,
ale zobaczymy, jak to wyjdzie, bo ostatnio głównie skupiam się na wyjściu na prostą
z jego zachowaniem, co nie jest łatwe, ale o tym nie teraz. Z takich ciekawszych,
to przymierzamy się do zmiany karmy (tak z czystej ciekawości) i od początku kwietnia stosujemy nieco inne metody szkoleniowe - mieszankę negatywnych z pozytywnymi, jednakże negatywne idą w ruch, gdy pozytywne zawiodą, ale mimo to, Lex jest dalej szczęśliwym haszczem, który kocha życie, więc nie martwcie się - wszystko jest
w porządku. :D Na początku kwietnia miał miejsce nieprzyjemny incydent, który miał przykre konsekwencje, ale nie mam teraz ochoty tego roztrząsać, bo do niczego to nie doprowadzi. A - i to nie od tego zależała zmiana naszych metod, więc od razu uprzedzam pytania - Nie, Lex nikogo nie zjadł! ;)

Na końcu dodam jeszcze o nowej akcji, którą warto się zainteresować i jest ona związana z tematem spacerów. Jest to akcja smycz dla psiaka, która polega na wsparciu akcesoriami spacerowymi rezydentów schroniska. Nieco więcej możecie dowiedzieć się po kliknięciu w baner. :)


Wyświetlanie smycz_dla_psiaka_cover_foto.png

Gratuluję dotrwania do końca. Nie pytajcie o to, co we mnie wstąpiło, że wygląd bloga jest taki, a nie inny, ale to się może niedługo zmieni. Tamten już mi się znudził. Tak po prostu. :P
Zostawiajcie komentarze na dole, chciałabym się dowiedzieć o czym chcielibyście poczytać albo poznać moje zdanie na jakiś temat, więc czekam na informacje od Was
i pozdrawiam! :D


środa, 31 maja 2017

Aqua Pro Animale, czyli o specjalnej wodzie dla psów...


Od dłuższego czasu w Internecie, a dokładniej - w psiej blogosferze aż huczy od psiej wody. Jednym szkodzi, drugim nie smakuje, a trzeci nie mają zastrzeżeń...
A jak to było w naszym przypadku?
Sądzę, że warto byłoby zacząć od tego, czym jest rzeczona woda, skąd pochodzi
i jakie są korzyści jej stosowania. Możecie o tym przeczytać na stronie producenta.
W olbrzymim skrócie: Aqua Pro Animale jest specjalną wodą dla zwierząt
(obecnie psów i kotów) wydobywaną w Beskidzie Żywieckim, zawiera dodatek aceroli, która to jest źródłem odporności naszego pupila.
Woda rozlewana jest do butelek o pojemności 0,5l; 1,5l i 5l. Cena to (odpowiednio) 2,49zł; 4,49zł oraz 8,99zł. Cena jest dość wysoka - biorąc pod uwagę,
że w supermarkecie można zakupić 6l wody za niecałe 2zł - ta wychodzi naprawdę drogo.
Przy średniej wielkości butelce, litr tejże wody kosztuje ok. 3zł.

Jak na wodę zareagował sam "zainteresowany"? Mając do wyboru dwie miski z wodą -
w jednej była woda z butelki (taka, którą pije zwykle), a w drugiej - Aqua Pro Animale, wybierał wodę, którą pije zazwyczaj. Gdy się skończyła, bardzo niechętnie pił tę psią.
Podczas majówkowego wyjazdu przez pierwsze dwa dni miał w misce tylko psią wodę
i pił ją bardzo chętnie. Później się skończyła i wróciliśmy do butelkowanej "ludzkiej".
Rewolucji żołądkowych, jelitowych i innych takich nie stwierdzono, choć tego obawiałam się najbardziej.

Teraz chyba nadszedł czas na to, na co świat czeka najbardziej - jak smakuje psia woda?
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała tejże wody. Szczerze mówiąc - smakuje praktycznie tak samo, jak ta dla ludzi, jednak smakowo różni się od tej pitej przez nas na co dzień.
Nie zmienia to faktu, iż trochę pomogłam Lexowi zlikwidować zapas wody,
jaki dostaliśmy do testów.
Rewolucje żołądkowe? Jelitowe? Nie stwierdzono!

Woda bardzo się sprawdziła podczas wyjść np. na plażę czy na dłuższe spacery.

Zalety:
- zróżnicowanie pod względem wielkości
- dostępność w sklepie
- wiele informacji

Wady:
- cena
- niepewność co do tolerancji przez organizm psa

Jakie są Wasze wrażenia po stosowaniu tej wody? Sami też jej próbowaliście? :P




RePAWer, czyli reperujemy łapki wraz z firmą Doganica

Nadszedł czas na kolejną recenzję, lecz tym razem nie jest to jedzenie, miska czy też zabawka. Dziś, pierwszy raz, mamy możliwość podzielenia się z Wami, naszymi wrażeniami dotyczącymi wegańskich kosmetyków dla psów! Jest to pierwsza recenzja z trzech, które są planowane.


O firmie możecie przeczytać na stronie internetowej. Ja rozpiszę się na temat kosmetyku.
RePAWer, to preparat do stosowania bezpośrednio na psie poduszki wymagające wygładzenia, usunięcia zrogowaceń i innych nieprzyjemnych schorzeń.
Preparat stosuje się 2-3 razy dziennie bezpośrednio na łapy.


Konsystencja jest mniej więcej taka, jak miodu (pierwsze skojarzenie), ale takiego rozpuszczonego, jednak nie klejącego ;)
Zapach przypomina do złudzenia mentolowy sztyft do nosa, co psu się, niestety, nie podoba.
Bardzo ciekawy jest wygląd kosmetyku (nietrzymanego w lodówce). Trzymany
w lodówce staje się twardszy, zmienia kolor.


Producent pisze:
rePAWer to psi balsam stworzony na bazie naturalnych olei i maseł roślinnych dobranych w taki sposób, aby łapy Twojego psa były gładkie, idealne i nawilżone. Suche i pękające poduszki psich łap to częsty problem naszych pupili, nie przymykajmy na to oczu.
Opracowaliśmy rePAWer, aby wspomóc regenerację suchych, szorstkich,
a nawet pękających psich łapek. W okresie zimowym pies jest narażony
na kontakt z przymarzniętą i posypaną solą ziemią, w okresie letnim natomiast swoimi łapami ma bezpośredni kontakt z nagrzanym asfaltem. Takie warunki przyczyniają się do pogorszenia stanu łap. rePAWer wspomoże regenerację
i przyspieszy przywrócenie dobrej kondycji psim poduszkom. Efekty będą widoczne już przy pierwszym użyciu, a przy regularnym stosowaniu nie będziesz mógł się oprzeć, aby podać łapę swojemu przyjacielowi. Zdrowe łapy powinny być nawilżone, sprężyste i gąbczaste, jeżeli łapki Twojego psa takie nie są, pomóż mu to osiągnąć. rePAWer nawilży i odżywi łapy, a jeżeli są popękane,
a nawet zranione przyniesie im ukojenie i ułatwi ich gojenie. Spróbujesz naszego balsamu raz, a będzie to obowiązkowy produkt w Twojej psiej kosmetyczce.


Więcej informacji tutaj

Produkt ten występuje w dwóch wariantach - 10ml oraz 65ml, więc także w dwóch różnych cenach; mniejszy kosztuje 19,00zł, a większy - 65zł. Oceńcie sami czy to dużo czy też nie.
My mieliśmy mniejszą wersję produktu.


Zalety:
-wegańskość
-naturalny skład
-skuteczność
-bezpieczeństwo przy zlizywaniu z łap (nasze psie dziecko się nie zatruje)

Wady:
-zapach
-sposób aplikacji
-wydajność

Dodatkowa cecha, to tłustość (tuż po smarowaniu łapek mój pies koniecznie chciał kręcić się po domu, więc chyba nie muszę informować o tym, jak wyglądała podłoga).

Generalnie produkt polecamy każdemu, kto ma jakieś problemy z łapkami ;)
Kosmetyk pomaga nawet wówczas, gdy stosujemy go rzadziej niż powinniśmy!

Piszcie na dole, jak tam Wasze łapki i dajcie znać czy coś stosujecie oraz czy znaliście już wcześniej firmę Doganica :D

poniedziałek, 8 maja 2017

O przysmakach z Mr Doo...



Tym razem mamy przyjemność podzielenia się z Wami naszymi opiniami na temat przysmaków
z firmy Mr Doo, których mieliśmy przyjemność spróbować w ramach współpracy ze sklepem zoologicznym krakvet.pl.
Otrzymaliśmy 10 paczek przysmaków po 80g każda, co łącznie daje 800g suszonego mięska!
7 rodzajów!
Na wstępie powiem, że zawartość każdego opakowania zawiera 80g przysmaków, kosztuje 11,90zł i ma specyficzny zapach, właściwy dla tego typu przysmaków.



Przechodząc do szczegółów:

With duck breast:
Ilość w opakowaniu:  19 pasków
„Podzielność”:  rękoma nie jest łatwo ze względu na właściwości kaczego mięsa („żyłki”), nożyczkami – bez większych problemów
Wielkość: ok. 12cm długości
Ocena testera: 10/10
Cena 1 szt.: ok. 62gr



With chicken strip:
Ilość w opakowaniu:  4
„Podzielność”:  rękoma jest łatwo, nożyczkami niezbyt ze względu na twardość i suchość
Wielkość: ok. 14cm długości i 4 długości
Ocena testera: 9,5/10
Cena za 1 szt.: nieco mniej niż 3zł


With duck strip: (grubsze paski)
Ilość w opakowaniu:  15
„Podzielność”:  rękoma nie jest łatwo ze względu na właściwości kaczego mięsa („żyłki”), nożyczkami – bez większych problemów
Wielkość: ok. 14cm długości
Ocena testera: 10/10
Cena za 1 szt.: ok. 79gr


With chicken: (kółka)
Ilość w opakowaniu:  19
„Podzielność”:  bardzo łatwo podzielić krążek na mniejsze części
Wielkość: ok. 3,5cm średnicy
Ocena testera: 10/10
Cena za 1 szt.: ok. 79gr


With chicken and codfish: (roladki)
Ilość w opakowaniu:  9
„Podzielność”:  roladki nie sprawiają trudności przy dzieleniu
Wielkość: ok. do 2cm średnicy
Ocena testera: 10/10
Cena za 1 szt.: ok.1,30zł


With chicken and cheese:
Ilość w opakowaniu:  6
„Podzielność”:   rękoma jest łatwo, nożyczkami niezbyt ze względu na twardość i suchość
Wielkość: ok. 11cm długości
Ocena testera: 9/10
Cena za 1 szt.: nieco mniej niż 2zł

Dogbone with chicken:
Ilość w opakowaniu:  10
„Podzielność”:  średnia
Wielkość: ok. 7cm długości kosteczka; mięsko - różnie
Ocena testera: 7/10 najpierw samej kości nie chciał, z mięsem już tak; później wrócił do pierwszej
Cena za 1 szt.: 1,19zł


Skąd takie wysokie oceny testera?  Dlatego, że dostałaś za darmo!
Nie! Nie! Nie! Przysmaki, jakie mieliśmy przyjemność testować, to przysmaki naturalne,
przez co dla Lexa są atrakcyjne. Tyle ;)

Zalety:
-skład
-zapach
-„podzielność”
-zamykanie strunowe (zip)
-widoczność „właściwości” mięsa (np. kaczka)

Wady:
-cena [niekiedy bywa jednak opłacalna]
-zszywki przytwierdzające kartonik informacyjny do opakowania (walały się wszędzie)

Generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni  z możliwości testowania przysmaków. Uczestniczyły wraz z nami w wyjeździe majówkowym i sprawdzały się do zadań specjalnych. Lex był bardzo zmotywowany do działania. Niektóre lądowały w kongach
i snackballu (twardsze i większe), a wszystkie (bez wyjątku) stanowiły nagrody.
Bardzo dziękujemy sklepowi krakvet za umożliwienie nam udziału w testowaniu nowości.
Było nam niezmiernie miło :)

Zapraszamy do sklepu

Dajcie znać czy znaliście już wcześniej przysmaki tej firmy i jak się podobała recenzja!

piątek, 21 kwietnia 2017

W czym mój pies jest do mnie podobny?

Wielu psiarzy zdaje sobie sprawę z tego, że ich pies/psy to ich odbicie. Nie w każdej sytuacji, ale jednak sądzę, że znając psa można bez problemu określić jaki jest właściciel. Oczywiście - istnieją także wyjątki - m.in. psy "świeże" czy takie bez kontaktu ze swoim opiekunem. Teraz postaram się podejść do swojej osoby bardzo krytycznie
i odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: Co łączy mnie i Lexa?


1.Obżarstwo. Oboje, jeśli dostaniemy coś dobrego do jedzenia, to będziemy jeść
do oporu.

2.Kombinacje. Zarówno ja, jak i on będziemy kombinować przez dłuższy czas, jak łatwo coś osiągnąć oraz utrudniać sobie życie na wszelkie możliwe sposoby, by tylko dotrzeć do celu; łatwiej czy trudniej - grunt, by było inaczej :P

3.Własne zdanie. Nieco powiązane z poprzednim. Wszyscy mówią "tak", my mówimy nie. Różnica jest taka, że ja wychodzę na tym dobrze, a Lex - niekoniecznie.

4.Gadatliwość. Nasza dwójka non stop ma coś do powiedzenia. Ja potrafię się powstrzymać, gdy jest to niezbędne, natomiast mój czworołap już niezbyt. Ja, gdy się rozgadam, mogę trząść się z zimna, może mi się lać deszcz na głowę, ale będę się produkować. Lex - z kolei - zawsze i wszędzie będzie szczekał. Bo lubi. Ot tak. Wydaje też inne dźwięki, ale z tym wiąże się już coś innego.

5.Kłótliwość. Ja jestem złośliwa i jak mi coś nie odpowiada, to będę się kłócić. Lex - podobnie. Jak wygląda taka scenka w naszym wykonaniu?
-Lex, siad.
-Hau-u-u-u-u-u-u!
-Siad!
-Hau!!!
Oczywiście, dla zbulwersowanych, dążymy do braku takich sytuacji! ;)

Dajcie znać czy chcecie drugą część. Może wolelibyście różnice między nami?
Piszcie czy lubicie takie posty, czy już takie pisaliście oraz czy już widzieliście już
u kogoś coś podobnego ;)

piątek, 7 kwietnia 2017

Jaki był dla nas marzec? Kleszcze, agility i inne...


Nigdy nie pisałam podsumowania miesiąca, ale chyba czas zacząć...
Marzec był miesiącem radości, bólu, tragedii, rozczarowań i wielu nowych doświadczeń. Nie wiem od czego warto zacząć, aczkolwiek zacznę od pozytywnych aspektów marca. Hitem okazało się agility, czyli nasz wiosenny kurs w ExtremeDog z Alicją Kocowicz. Czyżby to to, co chcemy robić w życiu?
Jako kolejną pozytywną cześć marca kwalifikuję moje poczynania w zakresie dog handlingu. Koniec pozytywnych tematów.
Nie będę się produkować o tych, którzy w tym miesiącu odeszli z tego świata,
ale opowiem o bardziej weterynaryjnych kwestiach, otóż: w jednym z najtrudniejszych momentach tego miesiąca, okazało się, że Lex ma do wyrwania ząb... W takim niezręcznym momencie... Już jest wszystko dobrze, ale jedzonko dalej mięsne.

Wyświetlanie KV-prev-2_v2.png

Kolejny nieprzyjemny temat, to kleszcze. Wydaje mi się, że nie da się go pominąć mając pod swoją opieką psa. Kleszcze, te małe, złośliwe kurwie, które chadzają po tym świecie,
są bardzo niebezpieczne. Możecie mi zaufać, bo "zaliczyłam" dwa. Dobrze, że nie w tym roku... Poczytajcie sobie o nich, o chorobach, które roznoszą oraz o sposobach na ich pozbycie się. Wasze psy mają zapewnioną opiekę, lecz potrzebują jej także psy, których nie ma kto kochać. Gorąco zachęcam do wsparcia fundacji i zbiórek, które mają na celu ochronę przeciw kleszczom. O jednej z nich możecie więcej przeczytać na tej stronie. Każdego, kto ma możliwość i ochotę na pomoc innym - zapraszam do pomocy.
Na tym chyba należy zakończyć nasze podsumowanie. Działo się wiele, ale nie
o wszystkim będę pisać, a poza tym - to, o czym napisałam zajęło dużo miejsca w mojej głowie i skłoniło mnie do głębszych przemyśleń.
Dajcie znać czy lubicie takie posty, czy sami takie piszecie, czy się podobało i czy chcecie więcej, a najważniejsze - jaki dla Was był marzec? ;) Piszcie długo albo jak ja - krótko, zwięźle i na temat.

piątek, 31 marca 2017

Typy psich blogerów

Chyba przyszedł czas na kolejny post o typach psich blogerów - ostatni post tego typu się spodobał, choć się tego nie spodziewałam, więc dziś publikuję kontynuację, ale na nieco bardziej drażliwy temat, jakim są tytułowe typy psich blogerów.


Ubogi bogacz
(Janusz, Halyna) - jest niczym inni psi blogerzy, ale robi zakupy
w Biedronce i się tym chwali, bo uważa, że jest czym. Akcesoria jego psa pochodzą
z chińskiego marketu kilka wsi dalej, a karma - ze sklepu wyżej wymienionej sieci.
(nie jest to antyreklama Biedronki)

Minimalista - "Hej. Co tam? U mnie nic. Pa." - milion takich postów. Po co więcej?

Uczuciowiec -udostępnia miliony zdjęć potrzebujących psów (bezmyślnie, oczywiście; jak leci). Na jego blogu nie ma nic oprócz tego.

Pseudosportowiec -trenuje każdy możliwy psi sport; dog diving w wanience dla dzieci, agility przez fotel i dogfrisbee pokrywką od słoika. Ważne, żeby można było się na fejsie pochwalić.

Naciągacz-szantażysta -"Za 50 like'ów nie usunę strony", "Obserwacja za obserwację"
i inne takie... Chyba każdy zna.

Naduczciwiec
- pisze o WSZYSTKIM, co zrobił jego pies. Jeśli kogoś to nie interesuje,
to ma problem.

Piszcie na dole o znanych sobie typach psich blogerów (mogą być też inni) i piszcie
na dole, jak się podobało :)

sobota, 11 marca 2017

Nienawidzę, kiedy mój pies...


Ostatnimi czasy dość sporo mówi się w Internecie, a właściwie - w psiej blogosferze -
o gorszych stronach swoich psów. Ja już dawno pisałam taki post, aczkolwiek w związku ze sprawami prywatnymi - musiał zostać usunięty. Stwierdziłam, że opisałabym trochę, czego wręcz nienawidzę w Lexie. Wydaje mi się, że takiego rodzaju informacje nie oczernią nas jako teamu, a raczej wykaże, że nie zawsze jest tęczowo, co podkreślam dość często... Przechodząc do sedna:

1. Żebranie przy stole oraz towarzyszenie podczas posiłku. Niby nie jest nachalny, aczkolwiek i tak często dostaje coś ze stołu, co przyprawia mnie o nerwicę
i nadciśnienie, ale cóż ja mogę? :/

2. Szczekanie - zawsze i wszędzie...
-Siad
-Hau!-Weź
-Hau!
Idzie pies. Hau!


3. Histerie - czesanie trwające kwadrans, trzymanie na smyczy, gdy inne psy się bawią, delikatnie przydepnięcie...

4. Wymuszanie - co prawda na mnie mu się nie udaje, ale na innych - a i owszem...
Ja walczę z nimi, a oni ze mną i zwalczamy się wzajemnie. Sinnlos.

5. Przepychanie się w drzwiach na zasadzie Kto pierwszy, ten lepszy! Przecież można cholery dostać z takim zachowaniem!

Post powstał w celu likwidacji stereotypu idealnych psów. Nie oczerniania mnie czy żalenia się na beznadziejność życia, bo każdy wie, jakie ono jest ;) Na końcu jeszcze zaznaczam, że te 5 wad, to nie wszystkie, ale stwierdziłam, że Wam oszczędzę moich dywagacji i dodam, że gdyby nie "blokady ludzkie", mój pies byłby inny, więc nie życzę sobie dobrych rad z serii stryjecznego wuja szwagra, bo tyle, to można uzyskać
z pewnego popularnego portalu służącego do zadawania pytań.
Na negatywne tematy chyba na razie dłuższa przerwa, tymczasem piszcie na dole, czego nienawidzicie w swoich/cudzych psach i lećcie czytać post Elizy
o ziołolecznictwie
:D

piątek, 3 marca 2017

Wszyscy chcą, a robić nie ma komu


Od pewnego czasu obserwuję pewną (nie)prawidłowość w podejściu opiekunów psów do szkolenia ich podopiecznych. Praktycznie cały czas ktoś z rodziny lub znajomych pyta mnie jak położyć kres jakiemuś problemowi. Podają proste, np. zbyt szybkie jedzenie, pchanie się w drzwiach czy żebranie przy stole.
Kiedy podaję rozwiązanie, ale do tego zaraz wrócimy, bardzo często dostaję pytanie: Skąd to się bierze? albo Dlaczego tak robi?. No i cóż ja wtedy mogę powiedzieć?
Mówię prawdę, czyli albo nie wiem, albo to, co wiem, ale równie dobrze mogli to sobie sami logicznie wywnioskować, np. jeśli chodzi o żebranie przy stole - wzięło się
to od karmienia w trakcie posiłku albo wstawania pod koniec i dawania psu resztek
z posiłku. Wracając już do naszego upragnionego rozwiązania - przykładowo jeśli nasz pies podczas naszego posiłku siedzi pod stołem, a może nawet szczeka i piszczy,
a może i nas drapie, powinniśmy go ignorować - to tak na początek. To może zrobić każdy, bez większego wysiłku. Jeśli ktoś ma uwarunkowane dyski Fishera, może ich użyć. Kiedyś słyszałam coś jeszcze o sprężonym powietrzu w takich sytuacjach,
ale to dla mnie już prawie ostateczność. Jakby ktoś z Was chciał to wypróbować,
to pamiętajcie, że nie pryskamy w psa, a obok ;) Kiedy podaję ludziom rozwiązanie problemu, nierzadko, zaczynają marudzić Tyle pracy?, Nie mam czasu!, Ty masz czas, to męcz się z psami. Czasem zastanawiam się po co takie osoby pytają mnie o porady, skoro nie mają za grosz chęci do działania. Żeby mi było miło? Żebym poczuła się ważna? Żeby nie było, że nie interesują się psem? Chyba mogą się domyślić, że będzie to kosztowało ich trochę, chociaż minimalnie, energii i nerwów. Powiedzcie mi, proszę, czy to może ze mną jest coś nie tak, że nie uważam ignorowania psa przy jedzeniu
za jakiś wybitnie duży wysiłek fizyczny i intelektualny. Przecież nikomu nie każę biec maratonu rozwiązując sudoku...
Kolejną ważną rzeczą, o której nie mogę nie wspomnieć, jest powód "kłopocików". Skoro ktoś pyta, to w mojej gestii leży odpowiedź na to pytanie. Dlaczego mój pies żuli jedzenie? - Bo widocznie kiedyś ktoś mu dał, więc zobaczył, że dostaje, jak tak siedzi i teraz się domaga. Niemożliwe! Raz dostał! To nie moja wina!  W takim momencie jest już bardzo trudno cokolwiek powiedzieć, bo co można? Że to niczyja wina, tak się zdarza itp.?
Takie teksty to na telefonie zaufania, a nie przy układaniu/"prostowaniu" psów :P  
Na koniec dodam, że ta tendencja jest tendencją dość przykrą, ponieważ ludzie psychicznie zamykają się na pracę z psem, a co za tym idzie - dalej będą kisić się z tym, co im nie odpowiada. Przynajmniej się nie zmęczą ;)

piątek, 24 lutego 2017

Sea Jerky Tiddlers, Fish4Dogs

W ramach naszej testerskiej działalności, otrzymaliśmy kilka produktów od firmy Fish4Dogs. Produktem, od którego warto by zacząć cykl recenzji produktów tej firmy jest przysmak dla psów Sea Jerky Tiddlers, czyli rybne sześciany dla psów.


Chyba każdy psiarz kojarzy te przysmaki - czy to z recenzji innych psiarzy,
czy to z internetowych sklepów zoologicznych.
My nie dostaliśmy pełnej wersji produktu, która wygląda tak:


                                              
W udziale przypadło nam 15g suszonych rybek.

                                

Myślę, że recenzję warto zacząć od informacji, które na temat tych smakołyków znalazłam w Internecie. Producent informuje, że:
TEN PRODUKT WYSTĘPUJE W OPAKOWANIACH 100 G I 500 G (patrz rozwijana lista powyżej).
Sea Jerky Tiddlers - najlepsze przysmaki z rybiej skóry:
  • czyszczą zęby i usuwają kamień nazębny dzięki chropowatej strukturze
  • niskokaloryczne
  • 100% rybiej skóry
  • bogate w kwasy Omega-3
Psy kochają ich smak – cudowne smakołyki!
Psy na ich punkcie szaleją.Przysmaki dodatkowo zostały nagrodzone nagrodą TOPFORDOG 2016 dla najlepszych przysmaków dentystycznych oraz (czterokrotną) nagrodą magazynu "Twój pies"
dla najlepszego przysmaku.

Nie dodałam, iż produkt ten oprócz pełnienia funkcji standardowego przysmaku,
pełni również funkcje dentystyczne.

Cena: 16,99zł/100g, 69,99zł/500g
Skład: skóra rybna 100%
                                                                       (tył opakowania)

Już przez opakowanie uwalniał się zapach ryby, przez co mogę potwierdzić, że jest
to przysmak naturalny. Oprócz tego można zauważyć kawałki płetw, co dodatkowo udowadnia naturalność.
Przed otworzeniem w oczach mojego psa widać było 100% koncentracji na opakowaniu
i zapachu dochodzącym z niego. Po otworzeniu szał minął... Lex nie chciał jeść przysmaków, mimo że ryby uwielbia. Jeden raz nie dał mi spokoju, więc próbowałam raz jeszcze, jeszcze i jeszcze. Zmian - brak. Nie dawało mi to spokoju, więc zabrałam przysmaki na spacer. Wtedy Lex zjadł jedną kostkę, lecz bez większego entuzjazmu. Stwierdziłam, że przetestuję to na innych psach. Na pierwszy ogień poszedł mieszaniec w wieku ok. roku - posmakowało, kolejna była malutka DONka - zjadła, następnie ok. trzyletni BOS, któremu również przysmaki nie podeszły. Temat trudny... Kilka kostek zostało mi na trening z ok. rocznym BOSem, który oszalał na punkcie tych smakołyków, więc oddałam mu cały zapas.

Moim zdaniem to bardzo dziwne, że mój pies pogardził takimi przysmakami.
Myślę, że dałabym im drugą szansę i zrobiła kolejne podejście.

Zalety produktu: -skład - jest nie do przebicia!
-zapach - naturalny, rybny, nie utrzymuje się na rękach
-kształt
-twardość - dzięki niej przysmaki mogą spełniać się, jako przysmaki dentystyczne

Wady produktu:-smak - 3 psy z 5, czyli 60% "ankietowanych" je chętnie jadło, reszta gustuje w innych smakach

Przysmaki są za duże jako przysmaki do szkolenia, a że nie dają się połamać, zostały przeze mnie zdyskwalifikowane jako przysmaki treningowe (na stronie producenta widnieje informacja, iż dla dużych psów będą idealne do szkolenia) - chyba że na koniec przebiegnięcia całego toru agility ;) Myślę, że całkiem dobrze sprawdziłyby się,
żeby zapchać otwór w KONGu - bałwanku.

Wielkość:




Każdy powinien przetestować te przysmaki i wyrobić sobie własną opinię,
bo nie ma na to reguł ;)

Mieliście już okazję testować te przysmaki? Jak Wam poszło? Chwalcie się na dole!




piątek, 17 lutego 2017

Cesar Millan, czyli o szkoleniu psów

Ostatnimi czasy, m.in. na facebooku rozpoczęły się dyskusje na temat metod szkoleniowych i podejścia do psa Cesara. Wydaje mi się, że zna go każdy. Nawet jeśli nie kojarzy go z imienia i nazwiska, to kojarzy go z jego telewizyjnego show,
w którym szkoli psy. Oto i on:

                                       
                                                         (źródło: twitter)

Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że nie podobają mi się metody stosowane przez wyżej już wspomnianego człowieka. Uważam, że współcześnie istnieje tyle metod wydobycia z psów pożądanych zachowań, że Cesara można sobie spokojnie odpuścić.

Pewnego razu, przegrzebując internet, natknęłam się na bardzo ciekawy artykuł (historię), który utwierdził mnie w moich przekonaniach co do gwiazdora. [KLIK]

Gdyby jednak znalazł się ktoś, kto nie wie o co w programie chodzi to: ktoś się zgłasza do "zaklinacza" z psim problemem, a on go eliminuje. Zastanawia mnie jednak dlaczego ludzie zezwalają na to, by ich pies przechodził psychiczną katorgę przy typowym treserze, który za jedyną słuszną metodę uważa przemoc
i zastraszanie. Idąc dalej tym tropem - nie potrafię zrozumieć dlaczego się wybił, skoro każdy typowy Janusz czy inny Mietek może stosować te metody - mniej
lub bardziej świadomie, ale jednak...

Szkolenie czy też wydobywanie z psa pożądanych przez nas zachowań powinno się odbywać poprzez "wytłumaczenie" psu na ludzie czego od niego wymagamy,
nie poprzez ból i uciśnienie psychiczne, które nie pozostawia psu wiele przestrzeni do myślenia.


Znam ludzi zakochanych po uszy w jego metodach wychowawczych
i wybierających się na spotkanie z nim. Szczerze powiedziawszy - droga wolna!
Nie pojadę do nich do domu i nie stanę w drzwiach, by im nie pozwolić tam iść.
Każdy może mieć własne zdanie na temat tego jegomościa, aczkolwiek nie można patrzeć na niego z perspektywy cel uświęca środki, więc dla relaksu rzucę psem,
bo nie chciał usiąść...

Jak dla mnie ten człowiek nie jest wart uwagi, a jeśli jednak, to na pewno nie takiej, jaką jest darzony. Dajcie znać, co Wy sądzicie na jego temat, tylko błagam - kulturalnie ;)

środa, 15 lutego 2017

Typy właścicieli na spacerze


Dorzucając do kolekcji kolejny post o typach psich ludzi, grzechem byłoby nie wspomnieć o psich opiekunach. Z nimi często bywa najciekawiej, choć niekiedy irytująco. Zacznijmy więc:

Mamusia/Tatuś-tyran
- chce aby jego pies był najlepszy, bardzo często nie zważa na to, czy może czy nie - robi po prostu to, co chce, by wyprowadzić psa "na ludzi" wszelakimi dostępnymi metodami

Kochająca ciocia - psuja
-taka osoba ZAWSZE musi się znaleźć, nakarmić pieska pomimo zakazu, popsuć klika słabych komend, wygłaskać naszego psa za to, że nie chce do nas przyjść itp.

Dyrektor - nieustannie informuje wszystkich o tym, co mają robić, rozstawia ich
po kątach, uważa się za najważniejszego, a prawda jest taka, że nikt go nie lubi, a ludzie rozmawiają z nim z uprzejmości

Sekretarka - może być nawet i sekretarz; cały czas prowadzi ciekawe konwersacje przez telefon bez względu na poczynania jej/jego psa; najważniejszy jest rozmówca,
a że pies kogoś atakuje - kto by się tam przejmował?

Janusz - zbierać kupę po psie? Pogięło panią? Sterylizować sukę? Kastrować psa? Dopilnować psów? Pani, niech korzystają z życia! Szczeniaki będą, to się sprzeda!
Na browarka będzie!!!
To jest chyba najgorszy typ właściciela

Radar - nie spuści psa ze smyczy na spacerze, bo 900m dalej jest ulica albo tu chodzą psy (normalnie skandal :P), jeśli jednak odepnie "linkę życia" to wypatruje swojego psa jak sęp swojej ofiary - rozumiem pilnować psa, ale jeżeli wiemy, że da się go spuścić -  korzystajmy i ćwiczmy, a oprócz tego - nie chodźmy krok w krok za spuszczonym
ze smyczy psem, bo się nauczy, że to my mamy go pilnować, a nie on nas

Gwiazda - nowe buciki, miniówa, piesek ubrany pod kolor, niegrzeczny jak jasna cholera, ale idzie się ładnie; 0 jakiejkolwiek pracy z psem lub nawet chęci (żeby nie było
- nie czepiam się podobnego ubierania, a raczej przeciwnie - miło się patrzy, ani zachowania psa - sama mam trudną sztukę, ale braku nawet skarcenia psa, który szczerzy się
na przechodniów)

Minimalista - 5 minut spaceru, 5 centymetrów smyczy, 5 kolegów (przy dobrych wiatrach) do zabawy itp.

Czyścioch - nie siadaj, bo się wybrudzisz, nie idziemy na spacer, bo pobrudzisz sobie łapki i inne takie

Ciocia/Wujek - dobra rada - Stryjeczny wuj szwagra mego drugiego męża XX lat temu miał psa, więc powinna pani... Nawet niektórzy nie zdają sobie sprawy jakie to jest irytujące

Skazaniec - wychodzi na spacery, jakby robił to za karę - wiecznie niezadowolony,
ciągle coś mu nie pasuje

Strażnik Teksasu - 0 kontaktów z psami, bo: ma cieczkę, nie ma szczepień,
jest za mały, za duży, za młody, za stary, za czysty, za brudny
i można tak wymieniać milion innych "powodów"

Bajkopisarz - a bo podobno to ten pani pies to...., a Pusia sąsiada spod 8-ki to na pewno go ugryzła, bo słyszałam szczekanie... oraz wiele innych dorabianych do fragmentów zdarzeń historyjek

Szpaner - ja oraz ja i, tak dla odmiany,  ja, choć może czasami mój pies - jeden
z najgorszych typów ludzi; nie rozmawia o niczym, co nie jego; nie potrafi mówić

Tłumacz przysięgły - tłumaczy się z każdego swojego zachowana poczynań swojego psa, bo uważa, że tak należy; szczerze mówiąc - jest mi takich ludzi szkoda...

Dajcie znać czy się podobało, czy chcecie więcej tego typu postów - już niedługo kontynuujemy z recenzjami i innymi fajniejszymi rzeczami niż typy psich ludzi, ale jak
na razie musicie zadowolić się tym :P
Znacie jakieś inne typy właścicieli, o których nie wspomniałam?  Piszcie koniecznie.

Dziś gościnnie na blogu - Dino, czyli najstarszy pies w rodzinie :D ♥

sobota, 4 lutego 2017

So irritated, czyli główne powody, dla których opuszczam niektóre blogi. Co mnie irytuje? 5 powodów

Kiedyś postanowiłam sobie, że nie będę produkować się o tym jak prowadzić bloga,
co pisać, co nie, bo to temat dla ekspertów w tej dziedzinie, a ze mnie to żaden ekspert, ale jakoś tak... zmieniłam zdanie.
Nie mam tu na celu obrażania nikogo ani niczego w tym stylu-chcę po prostu pomóc
lub coś wyjaśnić.


1.Inni, a raczej wzorowanie się na innych. Nagłówek, jak sławny blog, tematy, jak inni, mail, link-wszystko, jak inni... 0 samodzielności.

2.Najpierw ktoś, potem ja, czyli nabijanie sobie na siłę wyświetleń poprzez pisanie postów o tym samym, co inni-np. DIY-ta sama rzecz, ten sam sposób, tylko zdjęcia inne. No bez sensu! Najpierw zapytam o linki do DIY, a potem napiszę o tym samym.

3.Naganna frekwencja, a raczej jej brak-"w wakacje wstawię 5 postów dziennie,
a później cały rok nic!" Super. Myślę, że w blogowaniu nie chodzi o to, jak często coś wstawiamy (, choć przyznam, że regularność jest ważne), a o to, o czym piszemy. Oczywiście, można pisać co kilka minut: "Pimpuś i przygoda z kupą", "Pimpuś nie chce jeść" itp., ale po co?

4.wy, ty, Ja, My-nie odróżnianie zasad stosowania wielkich i małych liter; jeśli ktoś pisze "My" i "Wy", to jestem w stanie wybaczyć "My" zapisane wielką literą, ale "wy"
i "My"-zdecydowanie mnie irytuje. Może jestem przewrażliwiona i staroświecka w tym temacie, ale jeśli chcecie mieć szacunek do czytelnika i od niego, to piszcie poprawnie.

5.Udawanie idealnych-nawet nie do końca idealnych, lecz także bogatych-coś w stylu punktu 1. Robienie sesji zdjęciowych badziewnej jakości, chwalenie się tym, dodawanie tęczowego filtra na zdjęcia, publikowanie hauli z marketu, "mega" konkursów, w których do wygrania jest karma pochodząca z wcześniej już wymienionego typu sklepów.

Tak, jak już nadmieniłam-post nie ma na celu urażenia nikogo, a jedynie-być może pomoc i wyjaśnienie.
Jakie blogi irytują Was? Znajdujecie jakieś negatywne cechy u nas? ;)
Piszcie śmiało na dole czy się podoba taki "luźniejszy" pościk

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Dopóki chcesz, doputy nie dostaniesz...


To zaskakująco przykre, jak wielu właścicieli psów "zepsutych" cały czas mówi
o kolejnym psie. Jaka to będzie rasa, co będą razem trenować, co mu kupią,
czego go nauczą i inne tego typu. Dlaczego kolejny pies, a nie ten, który już jest z nami? Dlaczego tak beznadziejnie wybiegamy w odrealnioną przyszłość, która nie powinna mieć racji bytu tylko dlatego, żeby samemu się usprawiedliwić? Czy ma to jakikolwiek sens i jasne, klarowne uzasadnienie? Wydaje mi się, że nie... "Bo jak już będę miała aussie, a nie Misia, to pojedziemy na wszystkie semi, wygramy wszystkie zawody
i wystawy, będą szczeniaczki, będzie super!"-szczeniaczki u nierasowych należy sobie darować, ale nasz nierasowy Misio również po mniejszym lub większym nakładzie pracy pojeździć na wszystkie seminaria, choć wszystkie, to chyba nierealne, ale wiadomo... Nie da się wygrać wszystkich wystaw i zawodów-po prostu się nie da! Bardzo irytującym jest, kiedy ktoś ciągle produkuje się na temat kolejnego, idealnego, wymarzonego psa,
a o "starym" zapomina i go nie uwzględnia w swojej przyszłości. Jak się wyprowadzi weźmie ze sobą? Nie! Zostawi rodzicom, niech siedzi! Odwiedzi swego dawniej ukochanego i jedynego psa w separacji ze sobą od tak-bo aussik, borderek czy inny pies tego typu jest lepszy... nowszy... kochańszy!Natalia wspominała coś kiedyś o psach sportowych, które pracowałyby dalej, gdyby nie nowe. Młodsze. Fajniejsze. Sprawniejsze. A co byłoby, gdyby ludzie się nie użalali nad sobą i nie snuli oderwanych od ziemi planów na psią przyszłość tylko żyli tu i teraz?
Bardzo szybko nauczyłam się, że siedzenie w "za kilka lat" nie wnosi niczego do pracy
|z psem. Psuje motywację, która i tak u nas nie najlepsza, np.
Chcę trenować agility. Jak będę miała psa to wtedy.... Lexa niczego nie będę uczyć,
bo się nie opłaca.... ble ble ble. Nie! Tak nie robimy!!!
Jeśli zdrowie Twojego obecnego psa pozwala na trenowanie tego sportu, to wynocha sprzed komputera i na dwór! jeśli nie, to sprawa już nie jest taka prosta.
Jeszcze niedawno temu chciałam psa, który na spacerze będzie się bawił piłką i co?
Nie siedziałam w unreal future i z mojego starego psa zrobił się taki właśnie aporter.
Nie jest idealnie, ale jestem z nas dumna. A wiecie dlaczego naprawiłam psa?
Bo żyłam tu i teraz, a ponad to-wiedziałam, że im bardziej będę chciała coś osiągnąć, tym bardziej będzie bolała porażka, z jaką się zetknę podczas treningów.
Na teraz-napisałam wystarczająco, a w przyszłości postaram się rozwinąć temat.

Chwalcie się, jak u Was wygląda kwestia siedzenia w przyszłości i przypominam, że nie ma co się wstydzić upadków-przecież są po to, by doceniać "lepszy czas" :)